Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

GENESIS KLASSIK – Ray Wilson and The Berlin Symphony Ensemble, Dąbrowa Górnicza, 26  maja

Australian Pink Floyd, The Musical Box, Żuki, The Beatles Revival Band. Życie po życiu, na wielką I małą skalę – utwory mistrzów grane przez innych wykonawców. Choć w tym przypadku nie do końca jest to prawda, ponieważ Wilson był członkiem zespołu Genesis pod koniec XX wieku. Od pewnego czasu objeżdża nasz kraj, grając kawałki z płyt tej kapeli, z solowych krążków Collinsa, a nawet Gabriela i Rutherforda, uzupełniając zestaw kilkoma własnymi piosenkami.

Mam kłopot z określeniem artystycznej miary tego typu pomysłów. Ale też, powiedzmy uczciwie – nie ma w tym absolutnie chałtury. Podejście do tematu zawodowe, poziom wykonawczy – co najmniej dobry. Więc czego się czepiać, jeśli do uszu dociera muzyka znakomicie znana co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców muzyki? Mogę sam kręcić głową, bo Genesis po 1977 to już zupełnie inny zespół, popowy zaledwie, ale – trzeba jednak przyznać – jest to pop na tyle szlachetny, że po upływie dwudziestu-trzydziestu lat wciąż słucha się go bez zażenowania i poczucia, że jesteśmy w starym kinie. W dodatku – głos Wilsona, matowy, podobny nieco do Gabriela, wciąż brzmi bardzo dobrze. Tak samo, jak w 1998 roku w Spodku.

Zaczęło się od Congo, utworu z jedynej wspólnej płyty Wilsona z Genesis, i już wiadomo było, że zespół brzmi bardzo dobrze (osiem osób: bębny, bas, dwie gitary, klawisze, dwie skrzypaczki oraz wokal i, czasem, gitara akustyczna frontmana). Potem Jesus He Knows Me i jeden z kilku własnych utworów, ostatni przebój American Beauty – i tak przez blisko dwie godziny, przy coraz gorętszej reakcji widowni. Usłyszeliśmy m.in. Follow You Follow Me, Mama, potężnie brzmiące Calling All Stations. Moje serce zgreda zabiło mocniej, gdy lider zapowiedział Ripples pochodzący z A Trick of The Tail (1975). Nie zabrzmiało to jednak tak pięknie jak w oryginale – obniżona w refrenie tonacja (Wilson nie wyciąga takich wysokich rejestrów jak młody wtedy Collins) i uproszczone bębny nie przeniosły mnie w najukochańsze klimaty Genesis.

Z solowych nagrań członków grupy usłyszeliśmy In The Air Tonight, Another Day In Paradise Collinsa oraz Another Cup of Coffee i All I Need Is A Miracle Mike And The Mechanics zaśpiewany przez Steve’a Wilsona. Na koniec Land of Confusion i znakomicie, rokendrolowo zaaranżowany I Can’t Dance.

Nie trzeba było muzyków długo zachęcać do bisu. Zagrali porywające Solsbury Hill Gabriela, co dla mnie stało się kolejnym dowodem na artystyczne zwycięstwo Pana Petera nad byłymi kolegami. Uważam po prostu, że Gabriel solo zrobił rzeczy o wiele bardziej wartościowe niż Genesis jako trio. Na zakończenie porywająco, monumentalnie i gitarowo brzmiący Inside z repertuaru macierzystej formacji Wilsona, StiltskinI jak najbardziej zasłużone, długie oklaski.

niedziela, 27 maja 2012, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt