Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Jack White, Blunderbuss (2012)

White, podobnie jak Joe Bonamassa, niesie mi pocieszenie. Daje poczucie, że jeszcze ciągle należę do wielkiej rockowej rodziny, a nie jestem już tylko stetryczałym, marudnym zgredem, który niewiele rozumie z tego, co wokół dzieje się w muzyce.

White wytrwale penetruje brzmienia lat 60. i 70. Jest nimi zafascynowany, przesiąknięty do szpiku kości, on cały jest z tamtych czasów. Przypuszczam, że pojawienie się na koncercie Shine A Light Stonesów (w kawałku Loving Cup) oraz udział, wspólnie z Jimmym Page’em (oraz Egde’em) w dokumencie Get Loud to swoiste ukoronowanie dotychczasowej jego kariery – wspaniała okazja, by zagrać ze swoimi największymi mistrzami. We wspomnianym filmie, gdy Page wydobył z gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love, oczy zapłonęły mu pełnym blaskiem i miłością.

JW III to artysta niespokojny i bardzo płodny. White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather – bardzo to pokaźny dorobek jak na młodego ciągle artystę. Blunderbuss jest krążkiem, o którym sporo się niedawno w Polsce mówiło, odnotowując pierwsze solowe dzieło w dorobku muzyka.

Niewiele ponad czterdzieści minut – czyli stara, dobra, zwarta szkoła. Trzynaście utworów – a więc lata 60., kawałki po około trzy minuty. Patenty przede wszystkim zeppelinowskie i stonesowskie, czyli, po prostu, rokendrolowe.

A jednak – czegoś tu brak. Czego, by nazwać tę płytę wielką? Istota chyba nie tkwi w tym, że White’owi trochę brakuje wokalnie do Planta, jako gitarzyście do Page’a, a jako pianiście – do Prestona czy Leavella. Myślę, że chodzi o cierpliwość. Wytrwałą, spokojną pracę w studiu nad wyszlifowaniem kolejnych piosenek. Zwolnienia tempa, z jaką kręci się ta karuzela, z czterdziestu pięciu do trzydziestu trzech obrotów na minutę.

Bo ten krążek – to szkicownik. Znakomity, ale szkicownik. Zbiór przepięknych czasem pomysłów (tytułowy Blunderbuss czy On and On and On), ale pozbawionych jubilerskiego wycyzelowania. Nie brzmieniowego, bo ten stary brud jest fantastyczny, ale aranżacyjnego. Pochylenia się nad każdą nutą, by wydobyć z tych utworów pełnię ich urody. Szkoda.

Wolałbym, aby artysta o takim potencjale pracował nieco wolniej. Wydawał płyty nieco rzadziej, z nieco może mniejszą ilością utworów, ale staranniej dopracowanych w studiu. Może przed laty, kiedy Plant i Page znajdowali się u szczytu możliwości twórczych, byłoby podobnie, gdyby nie praca w duecie. Co dwie głowy to nie jedna. White’a może nie ma kto złapać za rękę, może nie ma kto zabrać mu tych kawałków, by dalej nad nimi jeszcze trochę popracować – on sam podpisany jest przecież jako producent całości.

Do arcydzieła tak blisko i daleko zarazem. Artysta sprawiłby mi wielki zawód, gdyby  tego arcydzielnego poziomu nigdy nie osiągnął. Bo ma właściwie wszystko, co do tego jest potrzebne.


wtorek, 03 lipca 2012, mariuszgr4

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: zajezdniamurckowska, *.centertel.pl
2012/07/04 00:31:51
"Za czym tęsknimy i skąd bierze się ta tęsknota..."

Pina Bausch
Kontakt