Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

The Police, Chorzów, Stadion Śląski, 26 czerwca 2008; The Rolling Stones, Shine A Light, 2008

Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.

Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutach  trio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.

Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.

Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,  np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.

 *

Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję  dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!

Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.

Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od The Police – a grają tak, ze serce rośnie.

To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka - ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.

Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.

* tekst napisałem latem 2011


 

wtorek, 17 lipca 2012, mariuszgr4

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: , 93.175.69.*
2012/07/19 00:37:38
"O, cholera, ci faceci są o z grubsza biorąc dychę starsi od The Police a grają tak, ze serce rośnie."

I o tyle też więcej przetoczyli krwinek. To też dziś nawet w Tour de France spokojnie mogliby rywalizować. Kasa nie śmierdzi, a tej zapewne mają więcej. Poza tym, Sting to nie jest gość pokroju Jagger'a. Mniemam, że mimo wszystko to inny rodzaj buntu. To taka różnica jak pomiędzy UK, a USA. Ot, taki bulwarowy wpis, za co przepraszam.

Już się zwijam, bo to nie moja muzyka. Lecz na koncercie byłem i - uwaga tutaj zaskoczenie - mam dokładnie te same wrażenia w pamięci. A jak się koncertuje dla kasy, to też udawać trzeba za te pieniądze. Inaczej właśnie robi się z ludzi przysłowiowych idiotów. I niestety zapamiętamy go jako tego, który nie potrafi ze sceny zejść niepokonany. Czyli słusznie zgłupiałem, jak i ty.

Zdrówko!
-
Gość: , 93.175.69.*
2012/07/19 00:40:32
że się podpiszę,

Esz Marcin

sklerotyk
-
Gość: mariuszgr4, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/07/19 19:34:17
Ej, Marcinie, Stonesów będę bronił. Jestem przekonany, że oni nie udają. Że oni, w odróżnieniu od Police, ciągle mają rock'n'roll w żyłach. Z prawdziwymi - a nie farbowanymi i znudzonymi - artystami to jest tak, że mają już wszystko - kasę, płyty diamentowe, miłość fanów, a ciągle im się chce. Bo kochają to co robią. Tak jak Hiszpanie, po zdobyciu mistrzostwa Europy i świata w kopanej, znów sięgają po złoto. I mają łzy w oczach, i potrafią się cieszyć. Nikt mi nie powie, że tu chodzi tylko o kasę. Chyba że mówimy o polskich piłkarzach.
-
Gość: waGa, *.mikolow.multimetro.pl
2012/07/24 21:27:51
Nie skłamałeś ani jednym słowem. Przeniosłeś mnie w tamten czas, w tamten dzień, po koncercie słuchaliśmy tej samej audycji radiowej Piotra Kaczkowskiego; następnego dnia, powiedziałeś to wszystko, o czym teraz czytam! Ot, wspomnienia staruszki, która była wśród tych Twoich znajomych, którym koncert się podobał. Ale... Ty wiesz, ja głucha jestem muzycznie! Pozdrawiam Cię i Pana SZ.
-
Gość: mariuszgr4, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/07/24 21:51:48
Agnieszko, jak miło! Gwoli sprostowania: grali bez zarzutu, więc nie posądzaj się o głuchotę, boś nie głucha przecież. Grali krótko, mając w głębokiej pompie siebie nawzajem i, co gorsza, publiczność. A ja jestem publicznością marudną i malkontencką. Mnie trzeba dopieścić. A oni tego nie zrobili.
Niemniej - szanuję Twoje zdanie, każdy ma do swej opinii prawo. A to, że wyszłaś wtedy ze Śląskiego zadowolona, jest tylko wielką Twoją przewagą nade mną.
Pozdrawiam najcieplej.
-
Gość: waGa, *.mikolow.multimetro.pl
2012/07/24 23:19:15
Ty masz wiedzę, ja- impresje zaledwie! Taka przewaga Twoja nade mną, Marudo Niemarudny! ag.
Kontakt