Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Urodziny Miasta – Kocham Katowice,  6-9 września 2012 (très.b, Ballady i Romanse)

Zawsze wkurzali mnie ludzie mówiący, że nie ma na co pójść (do kina, na koncert itp.). Siedzą na swoich czterech literach, do gazety nie zajrzą, bo żadnej nie kupują, do internetu też nie - i narzekają. A ja od lat mam problem polegający na braku forsy albo czasu, lub też jednego i drugiego, by zobaczyć wszystko, na co miałbym ochotę. Pozdrawiam ich w tym miejscu i opowiem krótko o tym, co zobaczyłem i usłyszałem w podcieniach Centrum Kultury Katowice wieczorem, 7 września, czyli wczoraj. Za darmo.

très.b

Łatwo mnie podejść. Dajcie trochę gitar, a prawdopodobnie przestanę kręcić nosem. Nieskomplikowany umysł najlepiej reaguje na nieskomplikowane, od lat rozpoznawalne dźwięki.

Bardzo to była przyjemna niespodzianka. Międzynarodowe trio z Polką, Misią Furtak na basie i wokalu. Jedno i drugie, o dziwo, na bardzo przyzwoitym poziomie. Śliczna, w kształcie motyla gitara nie sprawiała szczególnych trudności, a wręcz momentami widać było całkiem sporą biegłość w posługiwaniu się instrumentem. Głos może nie wielki, może nieco zbyt histeryczny w wysokich rejestrach, ale tych frontmenka nie nadużywała, a poza tym…

Niby nic nowego, proste, gitarowe granie, jakiego teraz pełno i jakie najczęściej wrzucane jest do worka z napisem „indie rock”, jakieś inspiracje sięgające lat 80. – wszystkiego tu po trochu: The Smiths, Sonic Youth itd. Ale robi to bardzo porządne wrażenie. Kilka porywających kawałków, jak na przykład kończący występ Ola, świadczy o sporym potencjale grupy. Chyba raczej słabo znanej, mimo iż mającej na swym koncie Fryderyka – w ubiegłym roku za debiut fonograficzny (album The Other Hand). Ciekawe, że wybrali na stałe miejsce pobytu nie Danię (gdzie poznali się w szkole muzycznej), nie Holandię, gdzie sporo koncertowali, a Polskę. Oby z dobrym skutkiem, czego z serca  très.b życzę.

Ballady i Romanse

Będę cytował żonę, której uwagi są tym razem wyjątkowo celne. Będę się czepiał, bo niespecjalnie mi się podobało. Zacznijmy od nazwy zespołu. Ta, choć wpisująca się w obowiązujący ostatnio w tej kwestii trend, powinna zobowiązywać. Ballad jednak nie usłyszeliśmy wcale (to jeszcze pal licho), ale konferansjerka nie miała nic wspólnego z romansowaniem z publicznością. Krótkie, wręcz brutalnie między oczy posyłane w naszą stronę komentarze do kolejnych utworów, nie miały nic wspólnego z subtelnością i dowcipem.

Wokale sióstr Wrońskich na poziomie dziewczęcego zespołu Filipinki sprzed półwiecza, kiepskie zwłaszcza w dolnych rejestrach i chórkach jak z akademii szkolnej. Fatalnie ogólnemu wrażeniu zrobiła też nieobecność perkusisty. Do spółki z najjaśniejszą postacią na scenie – gitarzystą basowym Radosławem Łukasiewiczem, który od czasu do czasu mógł sobie pograć i wtedy od razu muzyka nabierała jakiegoś życia – być może uratowałby całość. A tak – mieliśmy obrzydliwą perkusję elektroniczną, która do reszty mnie dobiła.

Cóż, teksty chyba nie najgorsze, ale moje ucho jakoś nie umiało się do nich przedostać, wyłowić z pełnego oglądu. Zawsze ważniejsza dla mnie była muzyka. Zawsze będę wolał w niej to, co – mówiąc po męsku – ma jaja, czyli świeżość, bezkompromisowość. W muzyce niekoniecznie chodzi o intelektualny przekaz, choć dobrze, jeśli wspiera on warstwę instrumentalną. Wokal musi mieć to „coś” – zupełnie nie dociera do mnie choćby obozowoharcerski głosik Grabaża, za to chwyta  za gardło prosty synek z Tychów, Ryszard Riedel albo Robert Gadowski w pierwszym okresie działalności Iry, tej z Łukaszewskim jako kompozytorem większości materiału.

W Balladach i Romansach zbyt wielu elementów mi brakuje, to do mnie nie trafia.  Nie to brzmienie, nie ten przekaz, może po prostu nie to pokolenie, nie moje klimaty.


sobota, 08 września 2012, mariuszgr4
Tagi: Tres b

Polecane wpisy

Kontakt