Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Très. b, 40 Winks of Courage, 2012

Po bezskutecznym przeszukaniu regałów w sklepie na "s", podszedłem do sprzedawcy. - Czy jest płyta tre be? – i widząc wyczekujące spojrzenie, dodałem – Pisze się to „tres be”.

- A, tres bi!

- No, raczej tre be, bo to z francuska – uśmiecham się.

Sprzedawca zagląda do komputera i po chwili oświadcza, że będzie pod „t” na zagranicznych płytach.

- No tak, w końcu tylko jedna trzecia zespołu jest polska.

Daleki jestem od wymądrzania się, w wielkim sklepie znajdują się tysiące płyt, a ludzie potrafią wynaleźć przedziwne nazwy i nazwiska. Nie wymagam więc od sprzedawców bycia omnibusami. Ale skoro już dochodzi do takiej rozmowy, to – na ich miejscu – próbowałbym zaspokoić ciekawość i wypytać nieco klienta. Chyba że tej ciekawości niestety nie ma.

Trẻs. b przebijają się powoli

do świadomości polskich rockfanów. Droga zdaje się ciernista i nieznaczona szczególną pomocą mediów. A przecież - za swój debiut fonograficzny (The Other Hand) - zespół otrzymał Fryderyka, a w ostatni wtorek w jego ręce trafił muzyczny Paszport „Polityki”.

Jeśli mówienie i pisanie o graniu sprzed paru dekad jest w pewien sposób łatwiejsze, bo myśli i wrażenia zdążyły już się w głowie uleżeć, to ten sam zabieg w odniesieniu do dokonań lat ostatnich sprawia mi czasem trudność. Jest tego – wykonawców i płyt – cały ocean. Co program radiowy, co prezenter – to nowe nazwy i inne typy, podobnie gdy otworzyć gazety bądź internet. Trudno jedną głową to ogarnąć, nie mówiąc już o próbie – choćby na swój prywatny użytek – usystematyzowania tego. Na szczęście ciągle powraca do mnie zbawienna myśl, że słuchanie muzyki sprowadza się do dość prostej operacji – dania piosenkom mniejszej lub większej liczby szans i, w końcowym rozrachunku, albo się one podobają (trochę lub bardzo), albo nie.

Indie rock

stał się w ostatnich latach pojęciem – wytrychem przy mówieniu o muzyce. Wielce pojemnym, prawie bezdennym. Trẻs. b mieszczą się w tej formule. Trio, którego członkowie mają korzenie polskie, duńsko-angielskie i holendersko-amerykańskie - głos Misi Furtak i jej bas, do tego gitara i bębny – z pewnością nie wytycza nowych rockowych szlaków. A jednak słuchanie tej niewiele ponad czterdziestominutowej płyty (drugiej w dorobku kapeli) dostarcza miłych dla uszu wrażeń. Jeśli nazwiemy to popem, pewnie nikt się nie obrazi.

Tyle że pop w rockowym instrumentarium budzi pewne nadzieje. Realizujące się nie zawsze, ale w przypadku tej formacji z pewnością tak. Sporo tu dobrych tradycji – i merseybeatu, i gitarowego grania lat 80. (The Smiths) oraz następnych. I pewnie wymienianie nazw można by ciągnąć dalej, choćby po to, by spróbować nieznającym jeszcze grupy czytelnikom przybliżyć jej muzykę.

Szlachetnie zagrana piosenka

bronić się będzie długo.

Gorzej z łaskawością  słuchaczy i wszelkich okoliczności. Słuchając Trẻs. b mam pewne skojarzenia z olsztyńskim Big Day (zwłaszcza kawałek Head Or Tail), który swą debiutancką płytę wydał w 1994 roku, obficie czerpiąc z klimatów kalifornijskich. Big Day działa do dziś, wydając kolejne płyty, ale mało kto już o nich pamięta. Wolałbym więc, by Trẻs. b powoli, ale na dłużej zyskiwali sympatię ludzi. By ciągle widzieli przed sobą kolejne szczyty do zdobycia. By im nie brakło talentu i sił do realizacji artystycznych zamierzeń. I, najzwyczajniej, szczęścia. Polski rynek muzyczny jest lichutki i nie tak łatwo na nim się ostać. Niech więc gwiazdy im sprzyjają, bo dobrej muzyki nigdy za wiele.

niedziela, 20 stycznia 2013, mariuszgr4
Tagi: Big Day Tres b

Polecane wpisy

Kontakt