Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Nie przynależę i nie wierzę - Maria Peszek, Katowice, Rialto, 3 lutego 2013

Jezus Maria, ale było głośno w niedzielę wieczorem w katowickim Rialcie! Mimo że, od razu powiem, był to krótki (około siedemdziesiąt pięć minut), to najlepszy koncert rockowy polskiego wykonawcy, jaki widziałem w ostatnich miesiącach. Maria Peszek z zespołem była w znakomitej formie i świetnie nagłośniona, dzięki czemu widownia nie miała problemów ze wsłuchaniem się w teksty. A było czego posłuchać.

Żałuję tylko – i wkurza mnie to – że wracam do domu i nijak nie jestem w stanie przy pomocy odtwarzacza przywołać klimatu koncertu, jego

potężnej rockowej ekspresji.

Ostatni krążek, którego zawartość stanowiła danie główne występu, jest przesiąknięty elektroniką w dawce momentami dla mnie trudno strawnej.

Maria Peszek to nie moje pokolenie. W ogóle mam wrażenie, że dzisiejszym czterdziestolatkom bliżej do dwudziestolatków niż tych w okolicach Abrahama. Podejrzewam, że chodzi tu o wejście w dorosłość albo przed, albo po 1989 roku. Najistotniejsze jest to, że za słowami przez nią wyśpiewywanymi stoi parę ładnych lat przemyśleń dotyczących świata i własnej osoby. Słowami, które należą do najważniejszych i najlepszych literacko w ostatnich latach na polskiej scenie muzycznej.

Piotr Bratkowski dawno temu, na FAMIE w bodaj 1985 roku – był wtedy felietonistą miesięcznika „Literatura”, której lekturę zaczynało się od jego refleksji dotyczących polskiego rocka - powiedział ni to dowcip, ni sentencję: „Polak - katolik, Rusek - alkoholik, Amerykan - narkotykan”.

Przywołuję to hasło, bo główna postać dopiero co obejrzanego przeze mnie koncertu określa się wobec

sztandarowych mitów polskich,

wciąż do bólu aktualnych i rozgrywanych do utraty przytomności przez jedną z opcji politycznych. Określa się tyleż osobiście, co dając wyraz odczuciom wielu nie tylko bardzo młodych dzisiaj ludzi. O naszej ojczyźnie śpiewał już kiedyś Kult, śpiewał Obywatel G.C. Głos w sprawie zabiera także Peszek w Sorry Polsko:

Płacę abonament / i za bilet płacę / chodzę na wybory / nie jeżdżę na gapę / tylko nie każ mi umierać (…) tylko nie każ mi wybierać

Do pomnikowej Matki Polki podchodzi po swojemu, wyznając ukochanemu:

Nie wiem czy chcę rozmnażać się / nie wiem czy chcę ciąg dalszy swój mieć / Kocham Cię najbardziej na świecie / ale nie chcę mieć dzieci / nie chcę być matką / i co ty na to / i co ty na to / nie będziesz tatą

Doceniam bezdyskusyjne walory literackie wyśpiewywanych tekstów, nie tylko w przytoczonych wyżej fragmentach. Ale też cieszę się, odczuwam jako facet wielką ulgę, że to nie ja muszę się bezpośrednio odnosić do kwestii reprodukcji poruszonej przez panią Marię. Nie należy ona bowiem do kobiet eterycznych, wątłych i kruchych, tak chętnie opiewanych przez poetów, zaś przymioty umysłu ustawiają ją zdecydowanie w pozycji partnerskiej, a nie kury domowej.

Do katolicyzmu czy – szerzej - kwestii wiary i Boga odnosi się, parafrazując Psalm 23:

Pan nie jest moim pasterzem / A niczego mi nie brak / Nie przynależę i nie wierzę / I chociaż idę ciemną doliną / Zła się nie ulęknę / I nie klęknę

Nie wiem, jak potraktować deklarację niewiary w zderzeniu z coverem, którym rozpoczęła się druga część koncertu – Personal Jesus Depeche Mode. Jedno wydaje się pewne – jako rozterki człowieka myślącego, zastanawiającego się:

Wyciągnij rękę i dotknij wiary
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto się troszczy
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto istnieje
Podnieś słuchawkę
Uczynię Cię wierzącym
 

W tym miejscu przyznam się do czegoś, co sprawi, że może ubędzie mi lajków na fejsbuku, ale trudno. Żeby nie było, że w swojej pisaninie wciąż tylko chwalę i się zachwycam. Otóż zupełnie do mnie – jako wówczas człowieka dwudziestoparoletniego – nie trafiła muzyka niegitarowa lat 80. A więc pozostałem też obojętny na wdzięki wczesnych i późniejszych depesz. Znajdują się one całkowicie poza obszarem moich zainteresowań. Ten jeden kawałek jednak, o zdecydowanie rokendrolowej proweniencji, zawsze mi się – może nie bardzo, ale jednak – podobał. I dobrze też zabrzmiał wczoraj w Rialcie.

Po tym utworze raz jeden zostaliśmy przeniesieni w mainstreamowe klimaty - Ciało przywodziło na myśl Oddech szczura Maanamu, zaś w finale otrzymaliśmy porcję rokendrolowego odlotu wziętego wprost z Velvet Underground.

Powtórzę na koniec – koncert był znakomity. Tylko, Jezus Maria, niech Maria Peszek zrobi coś (nagra płytę koncertową?), by tacy jak ja mogli do tych emocji wrócić w domowych dekoracjach. 

poniedziałek, 04 lutego 2013, mariuszgr4

Polecane wpisy

Komentarze
2013/12/12 08:51:06
A ja słyszłem tę płytę, choć jest to jedna z niewielu polskich w tym roku. I było okej - jest to na pewno krążek nierówny, ale wciągający, choć teraz raczej słuchałbym go utworami a nie w całości. Przede wszystkim na plus - "Ludzie Psy", "Wyścigówka" i bonusowy (Limited) Program do PIT...a w sumie reszta mniej mi się podobała. Więc takie 6,5/10 ;)
Kontakt