Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Perfect i artystyczne racje Hołdysa

Była piękna, słoneczna sobota, 24 lipca 1982 roku. W tym dniu kończyłem dwadzieścia lat, wczesnym popołudniem wracałem z ustnych egzaminów wstępnych na polonistykę UŚ. Zadowolony, bo pewny już statusu studenta. W domu czekał na mnie, obok rodziny, pierwszy longplay Perfectu.

Paskudne to czasy, gdy

na płyty trzeba było polować,

bo mało która wydana była w nakładzie spełniającym oczekiwania rynku. Paskudne, bo wszystkie te zawarte na pierwszej płycie zespołu kawałki były przebojami, ale w roku 1981. Tak wtedy było, że płyta zamiast otwierać, dokumentowała pewien okres działalności wykonawcy, czasem dawno już miniony (najbardziej absurdalny przypadek to debiut fonograficzny Krzaka – rejestracja koncertu z 1979 roku wydana trzy lata później, kiedy zespół w tym składzie dawno już nie działał).

Komu to jednak wtedy przeszkadzało? Cieszyliśmy się, że wreszcie płyt jest więcej niż kiedykolwiek przedtem, że coś drgnęło, że w Polsce ukazują się krążki rockowych wykonawców.

O pierwszym albumie Perfectu trudno dyskutować. To dzieło dojrzałych już muzyków,

hicior za hiciorem,

kawał bardzo porządnego gitarowego grania, kawał nie tylko mojego życia*. Do tego teksty o czymś, zabierające głos w sprawie, komentujące absurdalną rzeczywistość. Bogdanowi Olewiczowi jako ich autorowi zarzuca się różne rzeczy, także ubogie, męskie rymy, ale to była wtedy nowa, znacząca jakość.

Druga płyta rodziła się w bólach. W powracającej po przerwie Trójce (jeszcze dziś mną wstrząsa na wspomnienie dna, którego sięgnęły media w pierwszych miesiącach stanu wojennego), bodaj już w lutym 1982 Piotr Kaczkowski zaprezentował trzy nowe utwory grupy – Pepe wróć, Opanuj się i Po co. Niedługo potem pojawiła się Autobiografia.

Zbigniew Hołdys z dumą mówił o zmianach personalnych, że na lepsze. Zawadzkiego na basie zastąpił Andrzej Nowicki – i tu trudno się spierać. Ale Sygitowicza – Andrzej Urny – i to była już wątpliwa jakościowo zmiana. Ten ostatni w dodatku podjął decyzję życia, opuszczając Dżem. Półtora roku później Perfectu już nie było, a tyski band stawał się coraz większą gwiazdą. Pierwszy lider zespołu po latach sam mówił o początkowym okresie działalności, że przynosił nowy kawałek na próbę, a po kwadransie Ryszard S. miał cztery - pięć na niego pomysłów. I takiego faceta się zmienia?

Nic mi się nie zgadzało. Dwie gitary, a brzmienie jakieś ubogie. No i – przede wszystkim – kompozycje wyraźnie słabsze, pozbawione ikry i świeżości. Nigdy

nie polubiłem tych późniejszych nagrań

(nadzieję, na krótko, obudził numer Wyspa, drzewo, zamek), nigdy mnie nie ujęły, nie żywię do nich, łącznie ze zbyt rozwleczoną i banalną muzycznie Autobiografią, jakichś szczególnych uczuć. Nie poruszyła mnie w czerwcu 1983 wieść o rozwiązaniu kapeli.

Hołdys był wtedy bardzo złośliwy dla kolegów. O Markowskim mówił, że nie potrafi prawidłowo zaśpiewać trzech słów po angielsku (chodziło o Blue Suede Shoes), o Szkudelskim, że nie trzyma rytmu.

Cztery lata później nastąpił triumfalny powrót, seria koncertów. Pan Zbigniew, rozanielony, mówił wtedy w Spodku – podczas, oddajmy sprawiedliwość, znakomitego koncertu – że „Grzesiu przez te lata nie próżnował, że nagrał świetną płytę z grupą Samolot”. Wtedy też na parę minut na scenie pojawił się Jacek Krzaklewski, nieźle wymiatając na gitarze. O nim lider rzekł: „Patrzcie, taki człowiek stroi nam gitary!”.

Reasumując, w 1988 bodaj roku dyskografia Perfectu liczyła sześć płyt, dwie z premierowym materiałem i cztery koncertowe.

Po drodze

Zbigniew Hołdys był inicjatorem dwóch znaczących projektów

– tak dziś byśmy powiedzieli. Pierwszy to I Ching, dwupłytowy w wydaniu analogowym album z udziałem ówczesnej czołówki wykonawców z kręgu rocka i bluesa, m.in. Martyny Jakubowicz, Andrzeja Nowaka, Wojciecha Waglewskiego, Piotra Szkudelskiego (sic!). Było to wtedy wielkie wydarzenie na rynku muzycznym.

Trochę później powstał zespół Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, który nagrał krążek Świnie. Materiał najpierw mnie zachwycił, ale wkrótce potem zawarłem bliższą znajomość z trzema albumami reaktywowanego King Crimson, przysłuchałem się uważniej piosenkom kwartetu i… Stwierdziłem, że te śpiewane przez Waglewskiego (więc podejrzewam, że także skomponowane przez WuWu, mimo iż pod kompozycjami na płycie podpisali się wszyscy) są świetne, a Hołdys znajduje się pod wielkim wpływem Roberta Frippa, co w jego wieku już nie bardzo uchodzi.

I to by było na tyle. Z grubsza wiemy, co było potem. Faceci z Perfectu się zeszli, Pan Z. odmówił. Można przypuszczać, że gdyby w szufladzie miał ze dwadzieścia nowych piosenek, a w głowie kolejnych parę, dobrze by się zastanowił. Najwyraźniej było inaczej, więc

reaktywacja

odbyła się bez niego. Dokonania odrodzonej grupy nie rzucają na kolana, ale, o czym miałem okazję się przekonać, warsztatu i brzmienia można zespołowi tylko pozazdrościć. A i do klasyków udało się dorzucić co najmniej NiepokonanychKołysankę dla nieznajomej, a zaraz za nimi w kolejce są Ten moment i Miłość rośnie w nas. Soczystego, rockowego brzmienia można pozazdrościć. Takich dwóch gitarzystów jak Kozakiewicz i Krzaklewski ze świecą szukać w większości polskich formacji. A Markowskiemu inny tuz polskiej wokalistyki rockowej lat 80., niejaki Panasewicz, nie jest dziś godzien wiązać sznurówek. Lata lecą, Perfect wciąż gra i nagrywa, całkiem przyzwoicie radząc sobie na naszym marnym rynku. I jest to w sporej mierze osobiste zwycięstwo Pana Grzegorza, który jest kompozytorem pokaźnej części repertuaru.

A gdzie jest jego główny antagonista i adwersarz? Cóż takiego Zbigniew Hołdys stworzył przez te z okładem dwadzieścia lat? Nie czepiałbym się, bo sam już wspominałem o tym, że do historii przechodzi się czasem za sprawą jednej płyty. Ale Z. H. wciąż chce uchodzić za autorytet, wciąż ma niemałe pretensje do świata oraz te artystyczne. Tyle że ciągle nadstawiam ucha – i nic, do cholery, nie słyszę. Chyba że mamy mówić o materiale demo, który ukazał się na płycie Hołdys.com. Ale na to chyba szkoda czasu.

_____________________

* Na płycie nie znalazł się rewelacyjny numer Nasza muzyka wzbudza strach. Tu proszę o ewentualną korektę, bo opieram się na swej pamięci, a ta, jak wiadomo, bywa zawodna. Piosenka ukazała się wcześniej na czwórce Tonpressu, ale jej umieszczenie na dużej płycie zatrzymała cenzura. Wielka szkoda, że zapomniano (?) o niej teraz, przy pierwszej kompaktowej reedycji.

I przepraszam za kiepską, monofoniczną i zbasowaną wersję w muzycznym załączniku, ale lepszej - studyjnej - nie potrafiłem znaleźć.

czwartek, 28 marca 2013, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt