Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Radio z głową lepsze od komputera - Radiohead, OK Computer, 1997

Moja znajomość z Radiogłowymi rozpoczęła się dopiero od tego albumu. Po pewnym czasie, w swoim prywatnym nierankingowym zestawieniu, uznałem ten krążek za ostatnie rockowe arcydzieło XX wieku (i tu mi ręka zadrżała, bo chyba mam jeszcze na oku debiutancki album z 1998 roku innej brytyjskiej grupy, o hiszpańskiej nazwie). Dziś wiem także, że ten zespół jest w moim pojmowaniu tzw. muzyki rockowej jednym z tych granicznych.

Jednym z tych, którego dokonania te

granice

przekroczyły, powodując, iż stałem się obojętny na jego ostatnie propozycje artystyczne. Zawsze zadziwiać mnie będzie, jak kapele mające w swym składzie rasowego gitarowego wymiatacza potrafią daleko odejść od sześciu strun, perkusji – i zapuścić się w klimaty tak bardzo komputerowo-syntezatorowe, których już moja głowa pojąć nie jest w stanie, a – co istotniejsze – serce nijak pokochać nie potrafi.

Ale, wbrew tytułowi albumu z 1997 roku, w tym przypadku mamy jeszcze w przytłaczającej większości instrumenty, a nie studyjną, elektroniczną robotę, jeśli komputer, to zdecydowanie OK. Jeśli nawiązanie do tradycji, to powłóczystość melodii, ich nieoczywista harmonia, instrumentarium, którym posłużyli się członkowie zespołu – kojarzą się nieodparcie z najlepszymi dokonaniami grup symforockowych. Jestem zdania, że to właśnie dzięki takim albumom widać, że

formuła art nie uległa całkowitemu wyczerpaniu,

że w tych klimatach da się jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, że taka jedna płyta Radiohead znaczy więcej niż cała dyskografia Marillionu czy Pendragonu. Ale ja tu o definicjach, a to przecież muzyka. Wspaniała, najpiękniejsza.

I jednak od porównań nie potrafię uciec. Ramy czasowe utworów bardzo zwarte, przywodzące na myśl dokonania Genesis z A Trick of The Tail czy Wind And Wuthering albo Yes z Tormato, ale i Fragile. Z jednej strony album wieńczy pierwszy okres działalności grupy, dopełniając swego rodzaju trylogii z Pablo Honey i The Bends, a jednak gitary wyraźnie ustępują tu miejsca klawiszom. Kunsztownie opracowane utwory, po mistrzowsku wykonane, zdecydowanie – w odróżnieniu od tych pomieszczonych na następnej płycie, Kid A – nawiązują do wielowiekowej tradycji muzyki europejskiej, czyli oparte są, powtórzę, na melodii i harmonii.

Wspaniałym instrumentem jest

głos Thoma Yorke’a,

gdzieś w pewnym rejestrze łudząco podobny do Roya Orbisona, ale wnoszący zdecydowanie inne cechy do całości brzmienia – Orbison jest piosenkowy, popowy, Yorke natomiast wyraźnie neurotyczny, dzięki czemu nawet z pozoru banalny pomysł staje się oniryczny i niepokojący. Aranżacje są w ogóle cholernie mocną stroną tego albumu.

Trudno wskazywać na nim utwory lepsze od innych, bo to dwanaście w większości znakomitych numerów. Na przykładzie tego krążka wyraźnie widać, jak rokendrol zatoczył koło i stanął w miejscu, w którym dozwolone jest sięganie do absolutnie wszystkiego. Bo mija już – strach liczyć – szesnaście lat, a ten materiał równie dobrze mógłby powstać dzisiaj. Swoisty bezczas stał się cechą immanentną rocka, ale – już to sygnalizowałem kiedyś wcześniej – stanowi atut chyba tylko w przypadku płyt wybitnych. A OK Computer po tylu latach można już bez większego ryzyka w gronie takich albumów umieścić.

  

czwartek, 25 kwietnia 2013, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt