Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Film. Nie przeszkadzać!

Nie żebym się czuła jakąś specjalistką od seansów z muzyką na żywo, ale wtorkowy sprowokował mnie do zabrania głosu na ten temat. Zobaczyłam „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wienego z muzyką Józefa Skrzeka. Nie tylko z muzyką, tancerzami na scenie również… Jeszcze raz podkreślam, nie widziałam takich filmów wiele, raptem cztery, ale wydaje mi się, że mogłabym służyć radą tym, którzy chcieliby spróbować sił w tej dziedzinie sztuki, bo że jest to coś odrębnego, nie mam wątpliwości.

  1. Po pierwsze i najważniejsze – drogi Twórco (i Odtwórco) muzyki – obejrzyj film, i to najlepiej nie raz, a razy kilka. Na własne oczy się przekonasz, co to za historia i jak ją zilustrować muzyką, po swojemu, by powstała nowa jakość. To jest możliwe. Przekonałam się podczas „Brzdąca” (z Contemporary Noise Sextet) czy tegoż „Gabinetu…”, do którego przygrywał St. James Hotel.
  2. Niekoniecznie muzyka, która powstała wcześniej, będzie pasować do obrazu. Więc nie staraj się za wszelką cenę upchnąć swoich nawet najpiękniejszych kompozycji. Mogą pasować jak nie przymierzając wół do karety. Sopranistka do morderstwa.
  3. Spróbuj dopasować muzykę do filmu – akcentować zwroty akcji, punkty kulminacyjne, kolejne części filmu (zwłaszcza gdy pojawiają się takie plansze na ekranie). Ideałem jest wymyślenie motywów przewodnich czy towarzyszących szczególnej sytuacji, postaci. Absolutnie niedopuszczalne: „co innego widzisz, co innego słyszysz”.
  4. Nie na darmo nazywa się to „seans z muzyką na żywo”. Nie odwrotnie. Nie usiłuj więc odwrócić uwagi widzów. Oni przyszli na film, a muzyka ma być dopełnieniem. Wprowadzanie na scenę tancerzy jest ponurym żartem, zagraniem twórcom filmu na nosie.
  5. Nie staraj się za wszelką cenę zagłuszać myśli widzów – muzyka ma wydobyć z filmu intencje reżysera, aktorów – łomot dobiegający spod ekranu skutecznie to uniemożliwia.
  6. W czasie seansu obserwuj ekran – improwizacja jest możliwa, czasem ze znakomitym skutkiem (świetne „Metropolis” z samotnym podówczas Józefem Skrzekiem, samotnym, bo nieotoczonym licznym zespołem wykonawczym).
  7. A do tego wszystkiego – trochę pokory, trochę fantazji, własnego spojrzenia na kino nieme – i będzie dobrze.

Czego życzę w imieniu swoim i rzeszy zwolenników tego rodzaju sztuki, o czym niezmiennie świadczą wypełnione sale kinowe podczas seansów z muzyką na żywo.

czwartek, 16 maja 2013, alesandra4

Polecane wpisy

Kontakt