Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Wielka sztuka z pięknym ogonkiem - Genesis: A Trick of The Tail, 1975

Cała czwórka ma już dość. Tyłki przyrastają im do foteli. Ileż można słuchać swoich kawałków śpiewanych przez różnych dziwnych ludzi? Są zmęczeni, wściekli, znudzeni. Tyle czasu strawili, a tymczasem nikt nie zabrzmiał dostatecznie dobrze, by pomyśleli: „Tak, ten facet jest w stanie zastąpić Petera”. W którymś momencie Collins nie wytrzymuje, wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mikrofonu. Śpiewa tak, że Tony, Mike i Steve patrzą zdumieni po sobie. Jak mogli na to nie wpaść wcześniej, skoro Phil robił chórki do wielu kawałków, a nawet zdarzyło mu się zaśpiewać solo? „Koniec przesłuchań. Mamy wreszcie nowego wokalistę!”.

Gdy w 1974 roku, po nagraniu The Lamb Lies Down On Broadway i trasie koncertowej Peter Gabriel obwieścił kumplom, że odchodzi, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Postawił ich

w trudnej sytuacji.

Kilka lat ciężkiej pracy wywindowało zespół na szczyt. Zdobyli sławę po obu stronach oceanu, osiągnęli bardzo dużo w sensie artystycznym. Wiedzieli, czego chcą. Ale bez Petera? Jak dadzą sobie radę bez tak ważnego instrumentu, jakim jest jego głos? Jak pociągną to dalej bez jego teatralnych pomysłów na występy, bez jego pomysłów muzycznych?

Płyta rozwiała wszelkie obawy. Genesis nigdy wcześniej nie brzmieli tak mocno, potężnie – i pięknie. Olbrzymie znaczenie miało tu odejście od bardzo długich form muzycznych, najdłuższy kawałek trwa osiem minut. Zwarta forma czasowa podwyższa jeszcze wielką wartość znakomitych kompozycji. Każdy utwór skrzy się od pomysłów, fantastycznych, a czasem olśniewających urodą melodii.

W 1975 roku

moc jest po stronie Genesis.

Muzycy udowadniają przede wszystkim samym sobie, że znakomicie radzą sobie z ciężarem związanym z kontynuacją działalności bez dotychczasowego lidera, że artystycznie robią wręcz kolejny krok do przodu. I biją na głowę konkurencję. King Crimson już nie ma, dokonania Yes i Emerson, Lake & Palmer budzą coraz większe wątpliwości, Sztuczce nie dorównuje też Wish You Were Here Floydów.

Steve Hackett i Tony Banks, którzy dostarczają najwięcej materiału na płytę, są u szczytu swych możliwości twórczych, ich wspólne Entangled to jedno z arcydzieł grupy i jeden z najpiękniejszych utworów w historii rocka. Kroku stara się im dotrzymać Rutherford. Razem z Banksem podpisany jest pod pełnym nostalgii Ripples. Przyznając się do słabości do pięknych melodii, muszę wskazać jeszcze kompozycję Banksa Mad Man Moon. Ale cały krążek jest wybitny. Dla mnie – jedno z rockowych arcydzieł.

 

Skład zespołu wydaje się optymalny – trzech mistrzów swych instrumentów, Banks, Hackett i Collins, poprawny basista Rutherford starający się dorównać kolegom – to nie może budzić żadnych wątpliwości. A raczej

zachwyt nad rozmachem nagrań.

Wokal Collinsa to też ze wszech miar cudowne zrządzenie losu – niby nowy, lecz przecież stary, już znany. Inny niż matowy głos Gabriela, ale – właśnie w tym czasie (1975-1980) znakomity.

Jako wielki fan Genesis do 1977 roku, do Second’s Out, nie mogę przeboleć, że Hackett tak szybko poszedł w ślady Gabriela. Bez jego kompozycji, bez jego gitar grupa straciła bardzo, bardzo wiele. Los sprawił, że osiągnęła ogromny sukces komercyjny, ale z wielką muzyką nie miało to już nic wspólnego.

niedziela, 16 czerwca 2013, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt