Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia, czyli - USA vs. Wielka Brytania

Być może jest to objaw postępującego zwapnienia szarych komórek, ale moja muzyczna pasja poznawcza wciąż bardziej i bardziej przesuwa się w stronę przeszłości. Wiem już od paru dobrych lat, że nie ogarnę tego, co dzieje się dziś w muzyce, że czasu, sił i ochoty starcza na tylko trochę. Już samo wyłapywanie nazw i nazwisk pojawiających się w kolejnych programach Trójkowych redaktorów przyprawić może o zawrót głowy, a to przecież zaledwie cząstka wielkiej całości.

Spoglądanie w przeszłość w moim przypadku to najczęściej bardzo

spóźnione odrabianie lekcji.

Zdecydowanie obowiązkowych, jeśli chce się przynajmniej na własny użytek dociec, skąd „to wszystko” się wzięło. Raczej nie ma mowy o penetrowaniu tego, co nazwać by można drugim i trzecim rzędem na tej samej półce (jak to bywa w przepastnych bibliotekach), a po prostu o docieraniu zaledwie do kanonu. Do którego dostęp kiedyś był – bez pieniędzy lub rodziny na Zachodzie – bardzo utrudniony, na który byłem jako bardzo młody człowiek zbyt odporny. Dziś - po upływie paru dziesiątków lat – osobisty kanon z jednej strony zdecydowanie poszerzył swe granice, a z drugiej - stał się bardziej kanoniczny: pewniejszy, bo uświęcony czasem.

Od kilku lat

ceny płyt

zdecydowanie wspomagają mnie w tym powrocie do przeszłości. Od rarytasów za dwadzieścia parę, za kilkanaście złotych wprost uginają się półki (wreszcie, chciałoby się zakrzyknąć). W ten sposób moją własnością stają się klasyczne pozycje z dyskografii tego czy innego wykonawcy albo po prostu obszerne, często dwupłytowe, zremasterowane zestawy najważniejszych piosenek w całym dorobku albo, jeśli wykonawca znaczniejszy, w pewnym okresie jego twórczości.

Żona kręci głową, a ja przynoszę do domu zestawy pieśni Elvisa Presleya, Johnny’ego Casha czy Arethy Franklin. Nie mam aż tyle pasji i potrzeby w sobie, by uczyć się ich chronologii, mając nieuchronną świadomość, że własnego czasu wciąż mi ubywa. W pełni satysfakcjonuje mnie możliwość spokojnego smakowania tej muzyki, przymykam oko na niedostatki realizacyjne nagrań sprzed lat i doceniam ich fantastyczną stronę wykonawczą.

*

Nigdy dotąd nie sporządziłem takiego zestawienia, nie zrobiłem listy, a raczej dwóch list swych ulubionych wykonawców: amerykańskich i brytyjskich. Nigdy dotąd nie zastanawiałem się, która byłaby dłuższa i przez to, być może, bliższa sercu.

Natomiast od czasu powrotu porządnego mainstreamowego łojenia (mam na myśli grunge) coraz wyraźniej uświadamiam sobie różnice między graniem

z jednej i drugiej strony Atlantyku.

Ze trzy lata temu Wojciech Mann westchnął w swoim programie, przy okazji prezentacji nagrań wyspiarskiego Union, że dzięki takim składom ciągle wierzy, iż w Wielkiej Brytanii rokendrol nie umarł.

Tu wracam do wymienionych wyżej ostatnich nabytków. Bo jeśli damy sobie spokój z nudną ortodoksją, to nie sposób nie docenić i nie zachwycić się jedynym w swoim rodzaju przenikaniem się zjawisk w muzyce amerykańskiej. Miesza się wszystko ze wszystkim, muzyka czarnych z muzyką białych, muzyka wsi z muzyką miast, brzmienia Południa z patentami Północy, blues z jazzem, country z rockiem. I z tego pomieszania wychodziły i wciąż wychodzą na świat rzeczy niezwykłe, zadziwiające, szokujące, piękne. Amerykanie z wielką swobodą i nonszalancją łączą wciąż te przyprawy, a jednocześnie za nic mają muzyczny czas i znacznie bezczelniej poruszają się w klimatach, zdawać by się mogło, dawno minionych. Wyssali to z mlekiem swoich matek, dla nich splątanie wszelkich kultur i nacji jest pewnie tak oczywiste, że nie przystoi wciąż o tym mówić.

*

Nikomu – przede wszystkim sobie i swoim uszom – nie śmiałbym odbierać przyjemności mocnych wrażeń przy słuchaniu dopiero co powstałej muzyki. Jednak nie mam wątpliwości, że po przynajmniej polizaniu Presleya, Berry’ego, Beatlesów, Stonesów, Reddinga, Casha, Dylana, Franklin, Doors, Hendriksa czy Creamów – niejedna z pozoru świeża potrawa może sporo utracić ze swego smaku.



niedziela, 11 sierpnia 2013, mariuszgr4

Polecane wpisy

Komentarze
2013/08/23 08:39:22
Co do tych amerykańskich brzmień, to taka prawda, mieszają więcej, ale im to świetnie wychodzi. Brytyjska muzyka jest trochę bardziej, ujął bym to jednorodna. Dużo szybciej mogę poznać, że dana muzyka jest z wysp, jest dość charakterystyczna.
Kontakt