Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Royal Blood: i polała się krew...

royal_blood

Panowie łoją aż miło. Dziesięć kawałków, które składają się na debiutancki album, niespełna czterdzieści minut muzyki, nie pozostawiają wątpliwości co do nieokiełznanej inwencji duetu. Uwielbiam taki gitarowy masaż - prosty, ale kipiący zaraźliwą energią.

*

Muzyka elektroniczna umożliwiła przebywanie na scenie jednego tylko człowieka otoczonego baterią syntezatorów i komputerów (niemiecki kwartet Kraftwerk podejrzewano nawet o to, że potrafi dawać dwa koncerty w tym samym czasie w różnych miejscach, ustawiając za instrumentami kukły członków zespołu). Ale rokendrol kojarzył nam się przez całe lata z aktywną obecnością przynajmniej trzech ludzi.

Elektronika w służbie gitar

funkcjonuje już jednak od dawna, rozliczne przystawki powodują, że jeden gitarzysta potrafi jednym naciśnięciem stopy zbudować potężną ścianę dźwięku. W ślad za White Stripes powstaje więc coraz więcej dwuosobowych zaledwie formacji, co na etapie realizacji studyjnych niczym szczególnym jeszcze nie jest, ale gdy dwóch ludzi wychodzi przed publiczność, by dać pełen ognia rockowy koncert, zaczynamy się nad tym wszystkim zastanawiać intensywniej.

* * *

Przed laty zadziwiała bluesową publiczność w naszym kraju dwuosobowa kapela After Blues, w której basista Leszek Piłat i gitarzysta Waldemar Baranowski obsługiwali jeszcze nogami – skromne siłą rzeczy – zestawy perkusyjne. Z czasem - jeśli dobrze pamiętam - cały ten dodatkowy obowiązek wziął na siebie Piłat, który ponadto śpiewał, grał na basie i harmonijce ustnej.

* * *

Formacja Royal Blood, której debiutancki album trafił do sklepów 25 sierpnia, interesująca jest z niejednego powodu. W składzie ma bowiem... 

basistę i perkusistę,

co samo w sobie już jest zaskakujące, uwzględniwszy dawkę zdrowego łojenia, jaką nas raczy. Ponadto jest grupą brytyjską, co ze wszech miar zasługuje na uwagę, ponieważ o ile w USA hard rock trzyma się mocno i – ze szczególnym uwzględnieniem grunge’u – nigdy nie odszedł w zapomnienie, o tyle w Wielkiej Brytanii opanowanej przez brit pop radził sobie znacznie gorzej, a kapel typu The Union było i ciągle nie jest za dużo.



Coś się jednak – najwyraźniej – zmienia. Vintage, po długim okresie fascynacji brzmieniem lat 60., coraz częściej kojarzy się teraz z następną dekadą, która upłynęła pod gitarowym znakiem Led Zeppelin, Deep Purple czy Black Sabbath.

Kapele czerpiące z dorobku wymienionych wyżej oraz wielu innych tuzów bluesowo-rockowego grania z przełomu tamtych dziesięcioleci mnożą się jak grzyby po deszczu pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Co najmniej przyzwoite umiejętności techniczne, dostęp do wysokiej jakości instrumentów oraz porządnie wyposażonych studiów nagraniowych powodują, iż efekt finalny w wielu przypadkach jest bardzo interesujący i zasługujący na uwagę fanów.

Co pozostaje, gdy 

zrezygnować z gitary?

Gdy odrzucić całą finezję, jaką przynieść może jej wykorzystanie na odpowiednio wysokim poziomie, nie mówiąc już o możliwościach wirtuozów tego instrumentu? Okazuje się, że całkiem sporo - owa redukcja instrumentarium przywodzi na myśl prostotę rokendrola z lat 50. Jednocześnie przystawki robią swoje - brzmienie jest gęste, potężne, wcale nie odczuwamy tu jakiejś dziury. Musi być jednakże spełniony jeden, za to niezwykle istotny warunek.



Muzyka Royal Blood skrzy się od pomysłów. Pędzi do przodu niczym rollercoaster, obficie częstując nas - no właśnie - 

świetnymi riffami.

Panowie łoją aż miło. Dziesięć kawałków, które składają się na debiutancki album, niespełna czterdzieści minut muzyki, nie pozostawiają wątpliwości co do nieokiełznanej inwencji duetu. Uwielbiam taki gitarowy masaż - prosty, ale kipiący zaraźliwą energią.

Nie wiem, co jeszcze może w rocku wydarzyć się na miarę grunge'u, może już nic. Nie wiem, czy RB już teraz można obwołać odpowiedzią Zjednoczonego Królestwa na amerykańskie White Stripes czy The Black Keys. I nie wiem, w jaki jeszcze sposób mogą zaskoczyć słuchaczy na kolejnych płytach, jeśli przyjęta formuła osiągnęła od razu tak dojrzały wyraz na samym starcie. Nie ma jednak powodu, by martwić się na zapas - pozostawmy to raczej panom Mike'owi Kerrowi - głos i gitara basowa, oraz Benowi Thatcherowi - bębny. Sami zaś możemy  cieszyć się solidną dawką rokendrola z Wysp Brytyjskich.

(Royal Blood, Royal Blood, 2014)

{W NaTemat: 16 listopada 2014]

piątek, 20 listopada 2015, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt