Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Mój sąsiad Mark Knopfler

knopfler_tracker

Knopfler pobrzdękuje sobie na gitarach niespiesznie, za to niewymuszenie kunsztownie i – jak on to robi?! - wciąż wymyślając kolejne niepospolitej urody melodie.

*

„Łeb mam już jak sklep od muzyki, w związku z tym coraz częściej łapię się na tym, że nowych rzeczy nie absorbuję. Zdarza się, że zwrócę uwagę na coś frapującego. Słucham radia, leci fajny kawałek (...). Podoba mi się, ale już nie czuję potrzeby, by to mieć na własność” – mówi Filip Łobodziński. Mogę tylko podpisać się pod jego słowami. Z pokornym zastrzeżeniem, że on był kiedyś dziennikarzem muzycznym, że z pewnością skonsumował tego wielokrotnie więcej niż ja.

Ale i tak nie nadążam. Czasem jeszcze – jako bloger z trzyletnią zaledwie praktyką – czuję pod skórą ten neoficki niepokój, że przecież powinienem, że należy, skoro odważyłem się o muzyce przemówić mniej lub bardziej publicznie. Zerkam w różne miejsca w internecie, patrzę, co piszą inni, o czym piszą, co ich kręci – i widzę, że nie nadążam. Dziesiątki nazw i nazwisk, które mówią mi niewiele lub zgoła nic. O, rany! - łapię się za głowę. 

Tyle że – tak się składa – miejsce, z którego biorę pieniądze do życia, leży trochę gdzie indziej, a z dowodu osobistego wyraźnie wynika, że peseli poważniejszych niż mój z roku na rok coraz mniej. Lustro oglądane co dzień próbuje jeszcze kłamać, ale na zdjęciach swej facjaty za bardzo już znieść nie mogę. Na dodatek siwa głowa i wysokie czoło wcale nie dają gwarancji mądrości. Trzeba więc z resztkami godności mościć sobie miejsce w getcie dinozaurów, ramoli i tetryków – ludzi, którzy dla dzisiejszych dwudziestolatków są starzy jak druga wojna światowa albo „Solidarność”.
I w ten sposób, z takimi nawracającymi raz po raz zastrzeżeniami – znów sięgam po łyżeczkę do kawy i zasiadam do muzycznego oceanu. Szukając na nim, a jakże, tych wysp i wysepek od dawna lepiej lub gorzej, ale już rozpoznanych.

*

O tym, że Pan Mark K. ma wszelkie mody w nosie, wiemy od dawna. Tak samo jak o tym, że jego deklaracje od wielu lat znajdują potwierdzenie w dokonaniach. Mistrzowskie opanowanie instrumentu od zawsze służy mu nie do efekciarskich kaskad lewo- i praworęcznych, a do tworzenia niepowtarzalnego klimatu utworów. Klimatu, dodajmy, rodem z bluesa – jak na klasyka gatunku przystało. Knopfler pobrzdękuje więc sobie na gitarach niespiesznie, z dala od Londynu i innych gwarnych miejsc nie tylko Wielkiej Brytanii. Niespiesznie, za to niewymuszenie kunsztownie i – jak on to robi?! - wciąż wymyślając kolejne niepospolitej urody melodie. Nawet jeśli czasem zdają się one młodszymi siostrami kiedyś napisanych piosenek, nie ma w tym nic złego.



Pył i kurz po wydaniu nowej płyty już opadł. Zresztą nie był tak wielki, bo Knopflera fajerwerki nigdy nie interesowały i tym bardziej nie interesują dzisiaj. Zaś ja, po typowym dla nowych zakupów okresie niewyjmowania krążka z odtwarzacza, mogłem sobie zadysponować „syndrom odstawienia”, a więc zbawiennego zwykle odleżenia się materiału gdzieś w zakamarkach myśli (i serca, jak coś lubi się zdecydowanie mocniej). Po pewnym czasie wracam do płyty i mam już te parę kawałków, które szczególnie uderzają do głowy.

Okolica, po której oprowadza nas mistrz, znana jest od dawna: te wszystkie pobekiwania celtyckich owiec, folki anglosaskie, elementy irlandzkie - wyrosłe z korzeni, jak już się rzekło, bluesowo-rokendrolowych.

 

Co mi szczególnie wpadło w ucho? Kolejne urokliwe walczyki, Basil i mój faworyt Mighty Man, fantastyczny, eteryczny i beatlesowski Skydiver, Broken Bones nawiązujący riffami gitary do Another Brick In The Wall, a klimatem do pieśni nieodżałowanego JJ Cale'a, kraina łagodności w Long Cool Girl. Zacząłem tę wyliczankę od numeru trzeciego i właściwie mogę dojechać do końca płyty. Po bluesowym i bardziej dynamicznym dwupłytowym albumie Privateering otrzymaliśmy porcję klasycznego stylu Knopflera. Porcję znów przygotowaną bez żadnego zbędnego wysiłku i niezwykle starannie podaną.

Już zacieram ręce na lipcowy koncert w Krakowie. Może ze mnie kapeć stary, trudno, taka kolej rzeczy, jednakże do solowych propozycji Knopflera dorosłem dopiero parę lat temu. Uwielbiam ironię muppetowej loży szyderców (pamiętacie tych dwóch dżentelmenów, prawda?), ale kawał ogrodu na starość i sąsiad MK – to by było coś, kto wie, może nawet raj. Lub przynajmniej jego muzyka w letnie popołudnie leniwie sącząca się z kolumn wystawionych na taras. A co tam, wolnoć Tomku w polskim domku. 

(Mark Knopfler, Tracker, 2015)

[W NaTemat: 20 maja 2015 ]

czwartek, 28 kwietnia 2016, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt