Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

"Amy" - czyli to nie my toniemy

amy

Nigdzie nie uczą, jak być gwiazdą - padają z ekranu mocne słowa. Podmiot zdarzeń raz po raz traci ostrość - zarówno w oczach innych, jak i - co gorsza - własnych.

*

Z racji wieku bez entuzjazmu i ze sporą dozą nieufności odnoszę się do nowinek technicznych, ze szczególnym uwzględnieniem tych o kieszonkowych czy kieszeniowych rozmiarach. I oto pierwszy raz w takim wymiarze przychodzi mi docenić ich istnienie. Film zmontowany jest bowiem ze strzępów, okruchów - tego, co przeróżni ludzie mieli nagrane w swoich - najczęściej - telefonach komórkowych i co udało się od nich z nieraz wielkim trudem wydobyć reżyserowi Asifowi Kapadii. A ile takiego materiału do dwugodzinnego z okładem obrazu nie weszło, można się tylko domyślać. Film bez tych śladów rozsianych w setkach miejsc nie mógłby powstać. Najwyraźniej jesteśmy świadkami narodzin

nowego rodzaju filmu dokumentalnego.

*

Całość jest chwilami wzruszająca, ale niebędąca w stanie nas - mojej żony i mnie - poruszyć do głębi, sprawić, byśmy wzięli bezwarunkowo stronę głównej bohaterki.

Dom rodzinny Amy Winehouse, choć z pewnymi niespełnionymi – za sprawą ojca - ambicjami artystycznymi do szczególnych nie należał. Rozpadł się też jak wiele innych dzisiaj. Przyszła wokalistka może i odznaczała się większą niż przeciętna wrażliwością, ale na pewno nie inteligencją. Film bezwiednie obnaża niemal całkowitą pustkę jej życia, w którym potrzeby tzw. wyższego rzędu sprowadziły się do pisania tekstów - powiedzmy szczerze, nie znowu takich wybitnie poetyckich - oraz rozpaczliwego szukania miłości. Co niesamowite w tym piekle – uczuciach wytrwale lokowanych przez wiele lat w tym samym, niezbyt ich godnym mężczyźnie.



Żyjąc w ten sposób, mając całymi miesiącami w żyłach

więcej alkoholu i dragów niż krwi,

z góry podpisuje się wyrok na siebie. Kwestią czasu tylko pozostaje, kiedy i w jakich dokładnie okolicznościach zostanie on wykonany. Ta baśń, w zdecydowanie Andersenowskim, skandynawsko-beznadziejnym klimacie, nie jest moją baśnią.

A co do bohaterów pierwszo- i drugoplanowych tej opowieści - sądzę, że to towarzystwo niczym nie różniło się od wielu podobnych w szołbiznesie. Ktoś robi karierę i, co najistoniejsze, pieniądze, a grupa satelicka próbuje się w blasku tej sławy ogrzać i wyszarpać dla siebie kawałek finansowego tortu.

Film niczego w tym względzie nie sugeruje. Do tego stopnia nie, że powodów, dla których powraca do Amy jej chłopak (późniejszy mąż), możemy się tylko domyślać, ale z ekranu nie dowiadujemy się na ten temat niczego. Niesmak natomiast może powodować między innymi fragment, gdy odpoczywającą od zgiełku i dochodzącą z oporami do jako takiej formy Amy odwiedza w Hiszpanii jej ojciec. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ekipa filmowa, którą zabrał ze sobą. Po co, to chyba nie pozostawia wątpliwości.

Świat dziś taki, że wszystko w nim jest na sprzedaż, zwłaszcza cudze nieszczęścia. Los AW jest więc od pewnego momentu stałą pożywką dla nie tylko brukowej prasy, gonią za wokalistką paparazzi, komicy robią sobie żarty z tego, że kroczy ona cieniutką miedzą oddzielającą „być” od „nie być”. Trzeba dopiero rozwiązań ostatecznych, by choć na chwilę uświadomić sobie niestosowność takich zachowań.

Człowiek to czy maszynka do robienia pieniędzy?

Nigdzie nie uczą, jak być gwiazdą

- padają z ekranu mocne słowa. Podmiot zdarzeń raz po raz traci ostrość - zarówno w oczach innych, jak i - co gorsza - własnych. Bolesny paradoks polega na tym, że wszystkim, bez wyjątku, łatwiej jest wzruszyć się w obliczu czyjejś  śmierci, niż zmagać z uchodzącym z drugiego człowieka życiem, podjąć próbę pomocy w walce z ciężką chorobą, jaką jest uzależnienie od gorzały i narkotyków. Nikt nie ma pomysłu, jak temu zaradzić, a sama bohaterka, mimo kilku przerw w tym szaleńczym zjeździe, też nie ma dość sił albo ochoty, by zeskoczyć z karuzeli. W chwili największej chwały, w dniu otrzymania pięciu nagród Grammy (2008), gdy wreszcie ma dłuższą przerwę od używek, mówi do przyjaciółki: "Bez dragów jest tu strasznie nudno".

*

Wiedza o prywatnym wymiarze życia artystów wydaje się, w takim przypadku, nieszczególnie potrzebna. Przedwczesna śmierć, zwłaszcza ta wprowadzająca do nobliwego "Klubu 27", którego członkami zostali wcześniej Hendrix, Joplin, Morrison czy Cobain, znakomicie wpływa na utrwalenie legendy oraz sprzedaż płyt. Biografia tworzy kontekst, rzuca pewne światło na dokonania, ale może też po prostu przeszkadzać.

Po co mi wiedzieć, z jak wielką pustką czy emocjonalną dziurą nie do zasypania Winehouse wkroczyła w dorosłe życie i na światowe sceny? Że z dzieciństwa nie wyniosła

fundamentów,

na których mogłaby w miarę bezpiecznie oprzeć się w przyszłości? Że w tym Kopciuszku, z pulchnej nastolatki przeistaczającym się w piękną kobietę, bardziej widzę wytatuowaną panienkę w wyzywających strojach, takimże makijażu i fryzurze, osobę, która połyka życie łapczywie, bez umiaru i refleksji, niż kogoś o dużej wrażliwości i delikatności?

Najistotniejsze powinno być to, że w białej skórze czaił się fantastyczny, czarny głos. Mnie akurat nie uwiódł, ta nadekspresyjność przywodzi na myśl minione dziesięciolecia, Joplin na przykład. Dziś śpiewa się trochę inaczej, ale w przypadku AW wiele mogło jeszcze ulec zmianie. Ten głos mógł, powinien pojawiać się ku radości milionów słuchaczy na wielu jeszcze płytach przez najbliższych kilkadziesiąt lat.

Tymczasem zapamiętujemy z filmu między innymi fragment rejestrujący początek występu z Belgradu - tego, który miał być wstępem do nowej trasy koncertowej. Winehouse broniła się całą sobą przed tym, by wykonywać piosenki z krążka Back To Black. Jakby próbowała zamknąć ten rozdział, w którym główną postacią był jej – uwięziony teraz – mąż. Zmuszona przez sztab ludzi, weszła do samolotu, a potem na scenę ledwie trzymając się na nogach, zupełnie niezdolna do śpiewania. I, jak się miało niebawem okazać, do dalszego życia.

Mistrz Tony Bennett, z którym AW nagrała wspólnie klasyk Body And Soul, mówi pod koniec filmu coś, co jest z jednej strony mądrością starego człowieka, a z drugiej puentuje opisany dramat: "Gdybym spotkał Amy raz jeszcze, powiedziałbym jej, że jeśli będzie żyła dostatecznie długo, nauczy się żyć".

(Amy, reż. Asif Kapadia, 2015)

[W NaTemat: 24 sierpnia 2015]

czwartek, 07 lipca 2016, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt