Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle

janis

Jest w filmie taka scena, gdy Paul A. Rothchild, producent, mówi do Joplin: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

*

„Janis” to film poprawny. Mało? I tak, i nie. Gdyby podobna produkcja dotyczyła gwiazdy ostatnich lat, na przykład zmarłego kilkanaście dni temu Davida Bowiego, nasz zawód byłby zdecydowanie uzasadniony. Bo z ogromnej ilości wszelkich dostępnych materiałów da się obecnie wysmażyć coś znacznie bardziej smakowitego. Da się, co nie znaczy, że ostateczny kształt potrawy musi przypaść do gustu tzw. ogółowi. Najlepszymi dowodami ostatnich lat są chyba „Sugarman”, świetny, choć nie całkiem prawdziwy film o Sixto Rodriguezie, oraz zdecydowanie słabszy „Amy” - ulepiony z tysięcy filmików zarejestrowanych w swoich telefonach komórkowych przez przeróżnych ludzi. I pokazujący młodą dziewczynę tyleż utalentowaną, co zupełnie nieznośną i ciężkostrawną.

*

Życie generalnie ulepione jest z chwil raczej mało niż bardzo istotnych. I w większości też tych, w których nie prezentujemy się szczególnie dobrze. Chyba każdy z widzów „Janis” ma świadomość, że gdyby tego typu film mógł powstać w ostatnim czasie i posłużyć się dostępnymi dziś technologiami, prawdopodobnie ujrzelibyśmy niejedną gwiazdę równie mocno obnażoną i zdemaskowaną, jak Amy Winehouse. Także Janis Joplin, bo pewnych analogii między obiema paniami nie sposób nie dostrzec.

Film o Joplince ma jednak co najmniej 

jedną wielką wartość: 

zbiera w sto sześć minut szereg archiwalnych materiałów – wywiadów, wystąpień w programach telewizyjnych, a nade wszystko fragmentów koncertów. Właśnie, sprawa byłaby w pewien sposób prostsza, gdyby na tapetę wziąć jakiś koncert JJ i poddać technologicznej obróbce, jak na przykład zrobiono to z występem Hendriksa na festiwalu w Woodstock czy koncertem Doors w The Bowl w 1968. Wtedy zostalibyśmy sam na sam wyłącznie z muzyką.

Film jednak usiłuje, czasem w lepszy, a zwykle w pozostawiający sporo do życzenia sposób nakreślić sylwetkę wokalistki. I znów: w filmach telewizyjnych o podobnym charakterze mniej jest archiwaliów „pozaestradowych”, więcej natomiast głosów dziennikarzy muzycznych analizujących po latach takie czy inne zjawisko. Tu tego nie ma, są natomiast głosy kilku muzyków, którzy związani byli z Joplin w różnych okresach jej kariery, są głosy siostry i brata, co z kolei jest próbą odtworzenia punktu wyjścia, czyli domu rodzinnego artystki w Teksasie.

*

Film nie porywa, nie urzeka – i tym szybciej po jego zakończeniu zastanawiamy się, 

na ile jest miarodajny,

na ile prawdziwie przypomina losy przedwcześnie zmarłej wokalistki. 

Czegoś się jednak dowiadujemy albo też o czymś nam przypomina: o mieszczańskiej Ameryce końca wojny (Joplin urodziła się w 1943 roku), lat 50. i 60., o trudnym procesie przenikania się społeczności i kultury białych i czarnych, który gwałtownie przyspieszył i nie zawsze w pokojowy sposób przebiegał w okresie flower power. O dzieciństwie i, zwłaszcza, dorastaniu w środowisku rówieśników, wielu cierpieniach, jakich doświadczyła niegrzesząca szczególną urodą Janis ze strony grupy szkolnych kolegów. 

O objawieniu się jej wokalnego talentu,

o San Francisco pozostającym w muzycznej opozycji do Los Angeles, o pierwszym i kolejnych zespołach, z którymi przyszło Joplin występować. O pierwszym kontrakcie płytowym i trasach koncertowych. O poszukiwaniu miłości i heroinie, która ją – w zupełnie nieoczekiwanym momencie – zabiła.

Dostrzegamy wiele podobieństw do innych wielkich artystów. Choćby Jima Morrisona, który był tak nieśmiały, że wstydził się śpiewać, a w końcu do tego namówiony, na początku kariery stał odwrócony tyłem do widowni. Joplin podobnie, weszła w muzykę obarczona całą masą kompleksów i z niskim poczuciem własnej wartości. Tyle że skala jej talentu wokalnego ujawniła się bardzo szybko – i szybko też piosenkarka postanowiła wielu ludziom, zwłaszcza z rodzinnego Port Arthur, udowodnić, jak bardzo mylili się co do jej osoby.

Rozdwojony obraz artystki nie dziwi. Nie zaskakuje to, że w szalonym świecie muzyki końca lat 60. jest 

mnóstwo drugów i alkoholu,

a ich dostępność powoduje, że nikt – ani muzyk wywodzący się z prostej, robotniczej rodziny, ani ten o inteligenckim pochodzeniu – nie potrafi się temu oprzeć. Joplin też nie, ale jednocześnie z listów do rodziny, które stanowią swoiste intermedia w filmie – wyłania się obraz normalnej, skromnej i myślącej dziewczyny.

*
Najcenniejsza jest muzyka – to nie podlega dyskusji, bo Joplin to przecież jedna z ikon rokendrola, członkini okrytego złą sławą „Klubu 27”. A więc ważne są fragmenty występów, choćby tego w Monterrey w 1967 roku. Podobnie cenne jest to, co o muzyce i jej roli w życiu mówi sama artystka. Na przykład o wspaniałym sprzężeniu zwrotnym między sceną a widownią, o przenikaniu się tych dwóch energii, co jest niezbędne, by móc dać z siebie wszystko.

W pewnym momencie pada pytanie: czy czasem nie masz dość, nie czujesz, że dziś nie jest twój dzień, że masz doła i nie powinnaś śpiewać? Joplin z uśmiechem zaprzecza, mówi, że nie ma takiej możliwości.

Jest natomiast ta powtarzalna w życiu muzyka okoliczność, że koncert się kończy, gasną światła, publiczność się rozchodzi, a ty zostajesz [b]sam z tym wszystkim.[/b] 
Ze sobą, z nadwrażliwością, z pobudzeniem lub otępieniem narkotycznym czy alkoholowym, z banalnym, ale zupełnie nieznośnym bólem istnienia. „Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle” mówi Janis do jednego z rozmówców.

Gdyby przeżyła, przeszła ten szalony czas w życiu, pewnie – jak powiedział Tony Bennett po śmierci Winehouse – nauczyłaby się żyć. Tak jak Jagger, Richards i wielu innych balansujących przez długie lata na cienkiej linie. I pewnie też nagrałaby jeszcze mnóstwo znakomitych piosenek i całych albumów.

Paul A. Rothchild, słynny producent płyt The Doors, produkujący album JJ zatytułowany Pearl, który ukazał się już po śmierci artystki, intensywnie namawiał ją do śpiewania w inny, dojrzalszy sposób, niż robiła to dotąd. Nauczył - właśnie on, jeśli wierzyć filmowi - świadomego operowania głosem, tego, że niekoniecznie trzeba go nieustannie forsować, by przekazywać swoje emocje. Jest taka scena, gdy mówi do Janis: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

Stało się jednak inaczej. Po długim okresie odstawienia heroiny, którą zastąpiła alkoholem, wokalistka postanowiła 

wziąć jeszcze raz.

Ostatni, by sobie przypomnieć, jak to jest „po”. 4 października 1970 roku znaleziono ją w pokoju hotelowym w Los Angeles. Na podłodze, obok łóżka. Martwą.

(Janis. Little Girl Blue, reż. Amy Berg, 2015)

[W NaTemat: 27 stycznia 2016]

wtorek, 03 stycznia 2017, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt