Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Pop i Homme w objęciach depresji

pop_post

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób.

*
W kwietniu 2013 roku ukazała się płyta Ready To Die, piąta w dyskografii The Stooges i do 18 marca br. ostatnia, w której nagraniu wziął udział Iggy Pop. Artysta, który przez większą część swojej kariery balansował

na krawędzi,

złożył takim tytułem wyraźną deklarację. A nieco później nawiązał kontakt z liderem Queens of The Stone Age, Joshem Homme'em, wyrażając ochotę, by dokonać wspólnych nagrań.

Okrutny los mógł sprawić, że Homme nie doczekałby wydania wspólnego materiału. Niewiele brakowało, by 13 listopada, jako gość kapeli Eagles of Death Metal, stanął na scenie paryskiego klubu Bataclan (z pierwszych doniesień wynikało, że tam był). Podczas tego koncertu rozegrały się najbardziej krwawe sceny czarnego nie tylko w historii Francji dnia. Muzykom udało się uciec, natomiast z rąk zamachowców zginęło w klubie  kilkadziesiąt osób, w tym menedżer zespołu.

*
Pop – który 21 kwietnia skończy sześćdziesiąt dziewięć lat - przy okazji wydania najnowszej płyty oświadczył, że przechodzi na emeryturę, że ten album to jego pożegnanie. Damy temu wiarę albo nie, nieważne, czas pokaże. Osobiście nie mam nic przeciwko powrotom, byle w dobrej formie.




Póki co można wziąć do ręki czarno-białą okładkę z żółtym napisem u góry: IGGY POP – POST POP DEPRESSION. Czyli? Postpopowa depresja? Albo - po zamilknięciu Popa czeka nas już tylko depresja? Ale na awersie mamy też zdjęcie czterech najważniejszych osób spośród tych, które wzięły udział w nagraniu dziewięciu numerów – i te cztery nazwiska wydrukowane są u dołu tym samym rozmiarem czcionki: od lewej – Homme, Pop, Dean Fertita, kumpel Homme'a z QOTSA, oraz Matt Helders, bębniarz Arctic Monkeys (JH udziełał się wokalnie w nagraniu kilku piosenek na dwóch ostatnich ich albumach).

Jeśli faktycznie stary mistrz miałby wziąć

rozbrat z muzyką,

to wiedział, z kim zabrać się do ostatniej roboty. Joshua Homme zachwycił fantastycznym, szóstym studyjnym krążkiem swej macierzystej formacji, ...Like A Clockwork (2013). Krążkiem, którym usadowił się na samym szczycie mojego prywatnego rankingu, jeśli chodzi o rock w XXI wieku. Nikt nie jest podpisany jako autor muzyki na Post Pop Depression, ale nie trzeba szczególnie wyrobionego ucha, by stwierdzić, że główną pracę w tym zakresie odwalił właśnie lider QOTSA. I, co za radość od pierwszego słuchania, dając kolejny dowód  wybornej formy.

Kończąc jeszcze „sprawy wzrokowe”, nie wiem, na ile symboliczna jest, równie czarna jak okładka, książeczka dołączona do płyty. A ściślej: dwa zdjęcia. Z przodu – patrzący wprost na nas Iggy Pop. Oj, nie jest to twarz starszego pana, który spokojnie, po mieszczańsku przeszedł przez życie. Lecz przecież, chciałoby się rzec, still alive. Nie przekroczył tej cienkiej linii, nie zapił się na śmierć, nie zaćpał, nie zmogła go, jak jego męża opatrznościowego, Davida Bowiego, żadna paskudna choroba. Tyle że, jeśli uwierzyć w deklaracje i symbolikę zdjęcia z tyłu książeczki, młodsi od niego panowie jadą dalej, a on już nie. Jeszcze opiera się o bok ich kabrioletu, ale za chwilę auto ruszy i nabierze prędkości, a on zostanie.



*
Muzyka na płycie to dziewięć utworów, nieco ponad czterdzieści minut. "I'm gonna break into your heart/ I'm gonna crowl under your skin" – zaczyna Pop i natychmiast wdziera mi się pod skórę i mości w serduchu.

Druga w kolejności jest singlowa, znana więc już trochę wcześniej  Gardenia. I jeśli wyrwana z kontekstu może nie do końca przekonywała i powodowała pytania, jaka też będzie całość, to na płycie brzmi świetnie. I tak jest do samego końca.



Iggy Pop debiutował w 1969 roku, gdy z The Stooges wydał pierwszy album. Jego producentem był John Cale, znany z Velvet Underground. I nie ma chyba w historii pop music żadnych innych dwóch równie ważnych jak te grup, które w chwili startu i nagrywania swych najważniejszych płyt nie odgrywały praktycznie żadnej istotnej roli. Sława przyszła dopiero

po latach,

The Stooges uznawani są za prekursorów punka, ale kasy na swych trzech pierwszych płytach nie zrobili. Jednak gdy dziś słuchamy nowych piosenek Popa, znaczek wytwórni Electra, dla której nagrywali Stooges, przypomina się nie bez kozery. Electra była też wydawcą Doors, a wokale Popa raz po raz są równie przejmujące, jak te Jima Morrisona na przykład w The End. Bodaj najbardziej w Vulture i Paraguay.

Muzyka – fantastyczna. Homme'owa. Nie z tych, co to od razu wpadają w ucho. Joshua H. jak wino, coraz lepszy, coraz bardziej oszczędniejszy. Zaryzykowałbym nawet porównanie z Milesem Davisem. Coraz więcej operowania gitarową ciszą, akordowymi uderzeniami w stylu lat 60., ściany dźwięku nie usłyszymy na tej płycie ani razu. Nad wszystkim dominuje  mocno nabijany rytm basu wzmacniany jeszcze bębnami. Gitara natomiast nieoczywistymi dźwiękami potęguje efekt deliryczno-schizofrenicznego śpiewu frontmana. Czasem – jak w Sunday – przechodzi to w walczyk. Tyle że jego delikatna faktura już po kilku sekundach przeistacza się w istne szaleństwo.

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób. Ale w zamian uczestniczysz w wielkim święcie, którym jest każde odtworzenie tej płyty. W moim odczuciu – znakomitej.

(Iggy Pop, Post Pop Depression, 2016)

[W NaTemat: 29 marca 2016]

piątek, 17 marca 2017, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt