Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

SBB – trzech panów w łódce czasu

sbb_1

Ze wszystkich obejrzanych koncertów SBB – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów - oryginalnych członków grupy. Ileż radości sprawia im wspólne granie!

*
Czy jestem w stanie o SBB – ukochanej grupie mojej młodości, grupie z lat, gdy z okresu inicjacji muzycznej wchodziłem w bardziej świadome słuchanie muzyki -  powiedzieć coś, czego dotąd nie powiedziałem?

Tak się sprawy potoczyły, że wtedy, do roku 1980 i rozpadu zespołu, nie dane mi było zobaczyć go w akcji. I przez długie lata wydawało mi się, że tak już zostanie, że będzie to jedno z tych marzeń, które nigdy już się nie spełnią.

Gdy Józef Skrzek postanowił reaktywować kapelę, z pozostałych dwóch członków zespołu blisko był tylko Apostolis Anthimos. Przez wiele lat grali z wieloma świetnymi perkusistami: Mirosławem Muzykantem, Paulem Wertico, Ireneuszem Głykiem, Gaborem Nemethem czy Frankiem Parkerem. A jednak powrót za bębny Jerzego Piotrowskiego zelektryzował wszystkich fanów, wszyscy poczuli, że to dopiero będzie prawdziwy,

stuprocentowy powrót tria.

Gęba śmiała mi się wczoraj cały czas, bo też bytomski koncert od pierwszej do ostatniej minuty był wielką ucztą. Trzej panowie: Skrzek – kosmita, jak trafnie określił Pana Józefa Piotr Metz, Piotrowski – okładający bębny z pasją Zwierzaka z Muppet Show i koordynator tej międzyplanetarnej ekspedycji – Lakis. Ostatni z wymienionych przypomina Robby'ego Kriegera, gitarzystę The Doors. Anthimos tak jak tamten, sprawiał wrażenie jedynego „przytomnego”, zerkającego, co robią w danej chwili jego rozpędzeni koledzy.




Radość patrzeć, radość słuchać. Przyznam, że od dawna zastanawiam się nad kwestią: dlaczego tak niewielu urodzonych w latach 60. zapoznało się czterdzieści lat temu z muzyką SBB. Wielu moich znajomych słabo lub wcale kojarzy nagrania tria, młodsi podobnie. Jak to możliwe – wtedy, gdy w ogólnym, także muzycznym marazmie mieliśmy ledwie paru naprawdę znaczących wykonawców? Boom rockowy w Polsce lat 80. brutalnie obszedł się z przeszłością, na długo odkładając do lamusa Niemena czy SBB właśnie. Wiele dobrego, by przywrócić nie tylko pamięć o zespole, ale i uświadomić słuchaczom, że działa on nadal i ma się znakomicie, uczynił wspomniany już Piotr Metz. Sala Bytomskiego Centrum Kultury, obliczona na około pięćset miejsc, była wczoraj pełna, jednakże stawili się nie tylko podtatusiali fani kapeli z dawnych czasów, lecz także młodzi miłośnicy tej muzyki.

Pierwsze kilkanaście minut występu przypomniało o

jazzrockowych inklinacjach

formacji, o tym, jak wielkie znaczenie na początku ich drogi miała wspólna trasa po Europie z Mahavishnu Orchestra. Muzyczna formuła grupy sięga od bluesa i rokendrola, poprzez rock progresywny, aż po jazz właśnie.  I bez znaczenia tutaj jest fakt, czy Skrzek obsługuje w danej chwili klawisze, czy gitarę basową.




Zespół go dyscyplinuje, muzyczne ramy, choć niezwykle pojemne, nie są nieograniczone. A mam do tego nieodparte wrażenie, że w paru  przypadkach jesteśmy bliżej pierwotnych wersji utworów niż jeszcze trzy-dwa lata temu, co jest dla mnie wielkim atutem. Doczekałem się wreszcie takiego wykonania Walking Around The Stormy Bay, na jakie czekałem. To arcydzielne – nie mam wątpliwości – nagranie zabrzmiało wczoraj fantastycznie. Z potężną gitarą Lakisa w pierwszej i trzeciej części, ze starannie odegraną, gęstą partią instrumentów klawiszowych w środkowej. Palce same składały się do oklasków. Szalone Wizje i Odlot[, czyli utwory z pierwszego albumu, od lat są stałymi pozycjami w repertuarze koncertowym zespołu – i dobrze, bo miejsce w nich na zaprezentowanie swojego kunsztu mają wszyscy trzej panowie. Kolejny raz ucieszyło mnie potężne, funkujące Rainbow Man. Pięknie zabrzmiało też Memento z banalnym tryptykiem, wciąż skrócone, ale teraz z pełniejszym, wręcz monumentalnym, organowym wstępem, przypominającym nieco Three Fates Emerson, Lake & Palmer. Ze starych rzeczy mieliśmy jeszcze Na pierwszy ogień i – jako pierwszy bis - Z których krwi krew moja.


Znakomita dyspozycja

całej trójki: Skrzek ciągle mocny wokalnie, czego dał dowód zwłaszcza we wspomnianym bisie, zagrał wspaniale linie basu i, co ciekawe, zarówno na gitarze, jak i – zwłaszcza na początku – na klawiszach. Piotrowski odwalił szychtę na przodku, okładał bębny jak za dawnych lat, wciąż gra gęsto, w stylu Gingera Bakera czy swojego mistrza Billy'ego Cobhama. Do tego partia solowa oraz dwa duety perkusyjne z Anthimosem – lekcje obowiązkowe nie tylko dla początkujących perkusistów. W Lakisa grze na gitarze zakochany jestem nie od wczoraj, jego jazzowa lekkość i nieoczywistość dobywania kolejnych dźwięków, porywające, mimo iż niepędzące jak u niektórych innych gitarzystów solówki – to poziom niedostępny dla chyba wszystkich fachmanów nad Wisłą, a i w świecie takich niewielu. Może ktoś powinien namówić Johna Scofielda, by zagrali razem, przynajmniej parę koncertów w Polsce?

No i jeszcze, last but not least, miejsce wczorajszego koncertu, Bytomskie Centrum Kultury. To, które zawsze już będzie takim „powrotem do macierzy”, sceną, gdzie w przeszłości działy się w wykonaniu SBB rzeczy wielkie. Muszę powiedzieć, że ze wszystkich obejrzanych koncertów grupy – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów. Ileż radości sprawia im wspólne granie! „Odmłodnieliśmy wszyscy o dobre dziesięć lat” - powiedział uśmiechnięty lider do wiwatującej publiczności. Oj, zdecydowanie tak.

(SBB, Bytom, Bytomskie Centrum Kultury, 8 kwietnia 2016)

[W NaTemat: 9 kwietnia 2016]

niedziela, 02 kwietnia 2017, mariuszgr4
Tagi: sbb

Polecane wpisy

Kontakt