Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Królowa i ulewa

queen_lfo

Na pięć dni przed Brexitem zespół Queen wystąpił w Oświęcimiu. Zespół, a raczej to, co z niego zostało. Logika, matematyka to albo miłość: czy jeśli oryginalny skład liczył czterech ludzi, teraz mamy do czynienia z połową czy tylko dwoma spośród nich? Cieszyć się czy ganić za – zdaniem części dawnych fanów – odcinanie kuponów od niegdysiejszej sławy?

Lwia część polskiej publiczności wypowiedziała się na ten temat jednoznacznie: chcemy tych utworów na żywo, chcemy Briana Maya i Rogera Taylora, akceptujemy Adama Lamberta jako głównego wokalistę. To referendum wypadło tym bardziej jednoznacznie, że tuż przed rozpoczęciem występu Królowej (dość szalona jak na polskie zwyczaje pora: niedziela, 23.00) zaczęło padać, a w trakcie koncertu rozpętała się potworna ulewa, której koniec odnotowałem dopiero przed dziewiątą rano w poniedziałek.

To, że miałem problem ze znalezieniem na sobie choć jednego w miarę suchego fragmentu odzienia, na pewno nie ułatwiło przychylnego odbioru całości. O wiele bardziej byłbym ukontentowany obecnością

przy statywie mikrofonu

jednej z legend brytyjskiego rocka, Paula Rodgersa, frontmana grup Free i Bad Company, nawet gdyby radził sobie z wokalizami Mercury'ego gorzej od Lamberta. Ale Rodgers parę lat temu podziękował za współpracę.

Bo, jestem przekonany, z tymi wokalizami w pełni nie jest w stanie poradzić sobie nikt. To, co wydawało się takie oczywiste za życia FM, olbrzymią skalę trudności objawiło podczas koncertu poświęconego jego pamięci. Radę dał tylko, ku zaskoczeniu wielu, George Michael, brawurowo wykonując Somebody to Love. Ale pytanie, czy dałby radę przez dwie godziny, pozostanie chyba bez odpowiedzi.

Lambert ma sporo z Michaela, bo dysponuje głosem nie rockowym, a popowym, by nie rzec bojsbendowym. Pierwszych kilka numerów w niedzielę to była masakra, bo zespół zaczął od paru ostrych kawałków z One Vision na sam początek, a ten młodziak zupełnie nie potrafił się wstrzelić w mocne i soczyste brzmienie instrumentów. Parę razy tak zafałszował, że byłem przerażony i zdegustowany.

Po pierwszej zmianie garderoby, gdy zaśpiewał Play The Game, było zdecydowanie lepiej. Widać, że w tych fragmentach mniej rockowych, tam, gdzie nie trzeba dociskać (co Mercury robił z łatwością), a pójść w wysokie rejestry i falsety, daje sobie zdecydowanie lepiej radę. I tak było już do samego końca, co w niczym nie zmienia faktu, że był zaledwie bladym odbiciem oryginalnego wokalisty.

O Taylorze też powiadali i powiadają, że bębniarz to niewybitny, ale perkusja, wspierana zresztą przez drugi zestaw, brzmiała bez zarzutu. O klawiszach i basie – zdecydowanie pomijanych przez kamerzystów i obraz na telebimach (nb. takiego show Life Festival chyba jeszcze nie widział) też nie można nic złego powiedzieć. May, fachura wielkiej próby, był

największą ozdobą całości.

Co prawda burza „pierścionków” na głowie zmieniła barwę z czarnej na srebrną, ale palce wciąż biegną tam, gdzie chce głowa. Potężne riffy One Vision czy Fat Bottomed Girls robiły spore wrażenie.



Queen, poza krótkim okresem albumów Jazz i Live Killers, szczególnie mnie nie kręcili. W latach 80. zastanawiałem się, jak można pójść w komputerowe klimaty, gdy ma się w składzie takiego wymiatacza jak May (dekadę później to samo zrobili U2). Jednakże nie da się udawać, że nie ma w ich repertuarze utworów, które zyskały, jak najbardziej zasłużenie, wielką popularność, utworów w paru przypadkach naprawdę wielkich.

Trudno było się nie wzruszyć, gdy parokrotnie na telebimie pojawiła się postać Freddiego Mercury'ego, a z głośników dobiegł nas jego wspaniały głos. Podczas Under Pressure ujrzeliśmy również Davida Bowiego, co widownia też oczywiście przyjęła owacyjnie. Cóż, show must go on.

Usłyszeliśmy Love of My Life z wokalem Maya, z kolei Taylor zaśpiewał główną partię w A Kind of Magic, znalazło się miejsce na moją ukochaną Crazy Little Thing Called Love, choć brakło w niej tej stylowej solówki na gitarze elektrycznej – cóż, obsługą sześciu strun podczas koncertu zajmował się tylko Brian May, więc w tym numerze było miejsce jedynie na gitarę akustyczną. Z wielominutowego sola gitarowego z elementami Brighton Rock nastąpiło płynne przejście do

znakomicie zagranego

Tie Your Mother Down, po nim przyszła pora na evergreen Bohemian Rhapsody i na koniec... mój senny koszmar: Radio Ga Ga.

Muzycy zniknęli ze sceny, ale – szanując publiczność wiwatującą w strugach deszczu - nie kazali na siebie długo czekać. Na bis otrzymaliśmy to, co od dawna kończy koncerty Queen, a więc We Will Rock You, We Are The Champions, no i hymn.

Nie dziwię się panom Mayowi i Taylorowi, że wciąż chcą robić w życiu to, co potrafią najlepiej i kochają, czyli grać. Że chcą grać te piosenki, dzięki którym zyskali popularność i uwielbienie milionów. Szanuję za profesjonalizm i za to, że nie kalają legendarnej nazwy próbami nowych kompozycji pod tym szyldem. Zastanawiam się jednak, czy na całym świecie nie da się znaleźć wokalisty, który radziłby sobie z tymi karkołomnymi partiami wokalnymi choć trochę lepiej. Widać – nie jest to wcale takie proste.

Nie wiem też, czy w tych miejscach, gdzie grupa występowała w oryginalnym składzie, może dziś liczyć na równie wielkie przejawy miłości fanów. W Polsce z Mercurym i Deaconem nie zagrali ani razu, więc trudno dziwić się żywiołowej reakcji publiczności. Mimo że w  butach chlupocze woda, a niebo tej nocy nie ma nad nami ani odrobiny litości.

(Queen, Life Festival Oświęcim, 19 czerwca )

[W NaTemat: 24 czerwca 2016]

czwartek, 25 maja 2017, mariuszgr4
Tagi: queen

Polecane wpisy

Kontakt