Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Profesor Fripp na karmazynowym tronie

kc_zabrze_2016

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Podążać bowiem za wyobraźnią Roberta Frippa - choć największe wzloty ma on już za sobą - nadal nie jest łatwo.

*
Nie jest aż tak bardzo trudno wyobrazić sobie formację King Crimson jako gwiazdę wypełniającą i dziś stadiony, wielbioną przez miliony zakochanych w powłóczystych nutach fanów kilku pokoleń. Wystarczy wybrać z dyskografii takie numery, jak np. Epitaph, The Court of The Crimson King, I Talk to The Wind, Cadence And Cascade. Book of Saturday, Starless czy nawet Matte Kudasai. Już widzę te

tysiące rozkołysanych rąk

uniesionych w górę, uzbrojonych w telefony komórkowe lub zapalniczki. Widzę tę nadmuchiwaną, unoszącą się nad sceną gębę Karmazynowego Króla albo, podczas innego touru, "słońcoksiężyc" z okładki Larks' Tongues In Aspic. Słyszę te opowieści o tonach przerzucanego z miejsca na miejsce wyposażenia, o wielomilionowych kosztach kolejnej trasy koncertowej i jeszcze większych zyskach wpływających na konta muzyków. O kasę chodziłoby tak wielką, że gościnny udział Grega Lake'a razem z Johnem Wettonem byłby tylko kwestią dogadania się prawników stron.

Zespół miał dane ku temu, by gdzieś pod koniec lat 70. stać się takim właśnie wykonawcą. Nawet jeśli uwzględnić cały szereg zmian personalnych, wolty stylistyczne, a więc – z grubsza rzecz biorąc – trzy oblicza w okresie między 1969 a 1974 rokiem (a czwarte od 1981).

Właśnie. Robert Fripp wyczuł

wyczerpywanie się formuły

rocka symfonicznego, progresywnego (czy jak go tam zwał), na długo przed innymi. Wszystko zaczęło rozpadać się i pękać gdzieś w okolicach 1977 czy 78 roku – członkowie Pink Floyd opowiadali, że czują rosnący mur między sceną a widownią, Emerson, Lake i Palmer wyzionęli artystycznego ducha w 1978 roku, panowie z Yes mieli się chwilami tak dosyć, że uprawiali boks na oczach fanów. Genesis położyli głowy pod topór po odejściu Steve'a Hacketta i w 1978 roku wkroczyli na piosenkową drogę. Tylko Peter Gabriel zdał sobie z tego sprawę wcześniej i w 1974 roku opuścił pokład. Tak jak Fripp, który w tym samym 1974 roku rozwiązał swoją grupę.



Rock progresywny dogorywał, ratowali go jeszcze kumple Frippa, tworząc United Kingdom, ale trwało to krótko, ze wschodu nadciągnęło SBB, jednak wszystko szlag trafił ostatecznie w 1980 roku. Rozpaczliwe działania spod znaku zespołu Asia czy wejście na rynek duplikatu Genesis, czyli Marillionu, Final Cut (nomen omen) Pink Floyd – były w moim osobistym odczuciu tylko dowodem ostatecznej klęski tego nurtu.

Robert Fripp był już wtedy o lata świetlne dalej. Przywrócił do życia nazwę, ale pokłócił się z fanami, nie chcąc grać starego materiału – i muzycznie wyprzedził wszystko w rocku o jakieś niebotyczne długości. Wymyślił do tego - on, gwiazdor i trzydziestopięciolatek wtedy - zupełnie nowy sposób gry na gitarze. Taki, że po kilku sekundach wiadomo, iż takie dźwięki, takie rozwiązania harmoniczne mogą wydobyć się tylko z jego głowy i spod jego rąk. League of Gentlemen i, już pod nazwą KC, Discipline to było w rokendrolu, w parę lat po gwałcie punka, wejście na zupełnie inną orbitę.

Fripp otworzył

nowy rozdział

- w swoim życiu, w historii King Crimson i całego rocka. Poszedł w kierunku, który nie mógł zjednać mu uwielbienia tłumów – grał rzeczy nieoczywiste i, najzwyczajniej, zbyt opornie wchodzące zarówno do mniej wyrobionego ucha, jak i tego nawykłego do starych dźwięków. Zaryzykuję opinię, na ile starcza mi wiedzy i świadomości, że nikt od strony rockowej nie zbliżył się tak bardzo do jazzu jak on, to była (i jest) swoista, Frippowska odmiana jazz-rocka i fusion.

Obecnie, gdy w koncertowym repertuarze KC znów, ku radości także i mojej, są kawałki z dyskografii pierwszego wcielenia grupy, widać wyraźnie – i paradoksalnie – jak wszystkie elementy jego układanki się przenikają i niczym puzzle pasują do siebie: progresja i psychodelia najwcześniejszego okresu, jazzowe inklinacje charakterystyczne dla pierwszej połowy lat 70., potężne gitarowe riffy pochodzące z płyt nagranych z Wettonem jako wokalistą, riffy, których nie powstydziłyby się najlepsze ostro grające zespoły nie tylko w tamtych latach, i wreszcie ten szalony, odjechany wynalazek brzmieniowo-rytmiczny z początku kolejnej dekady.

Dziś to wszystko bezustannie przenika się w muzyce KC, miesza, nie pozwalajac słuchaczowi zbyt długo pozostawać w strefie komfortu, jaką daje „nałożenie” w głowie zapisu znanego z płyt na to, co słyszy w danym momencie z głośników. Stadiony tego nie lubią, tam musi być bardziej przewidywalnie, a Fripp zdaje się robić wszystko, aby nikt nie mógł tego powiedzieć o jego graniu. U niego nie ma skakania po scenie, żadnego taniego spoufalania się z publicznością. Panuje wręcz akademicki porządek, są białe koszule, kamizelki i garnitury, w menzurkach i słoikach są może i znane składniki, ale do ostatniej chwili nie wiadomo, czego i w jakich ilościach użyje tym razem

profesor wraz ze swymi asystentami.

On nam i naszym uszom nie schlebia dłużej niż przez kilka minut, znacznie częściej zabiera w niełatwą podróż, której warunki dyktuje nieustannie, zmuszając słuchacza, by przyspieszył kroku, jeśli nie chce stracić z nim kontaktu. Prowadzi nas bardzo nieoczywistymi drogami, a jednak wciąż jest tak, że zapełnia hale. Cztery występy – dwa w Zabrzu i dwa we Wrocławiu -wyprzedane zostały błyskawicznie.



Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, miejsca mieliśmy z żoną fantastyczne, na wprost estrady, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale z powodów, o których napisałem wyżej, w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Niby od ponad trzydziestu lat Fripp niewiele już nowego wniósł do swojego postrzegania muzyki, a jednak biec za nim wciąż nie jest łatwo. Jak, nie przymierzając – kiedyś i za oceanem – za Frankiem Zappą. Z tą wszakże różnicą, że Zappa przypominał naukowca – szaleńca, raz po raz dającego upust swoim emocjom i nieokiełznanej wyobraźni, zaś Fripp jakby cyzelował swoje dzieła w zaciszu akademickich laboratoriów.

Układ sceny był wręcz matematyczny: na dole trzy zestawy perkusyjne – Pata Mastelotto, Gavina Harrisona i Billa Rieflina, wyżej Mel Collins z fletem i saksofonami, Tony Levin z zestawem basów, Jakko Jakszyk, gitara i wokal, i lider z gitarą i klawiszami. Otrzymaliśmy de facto podwójną dawkę muzyki – wszystko zaczęło się dwadzieścia minut po dwudziestej i z dwudziestominutową przerwą trwało do dwudziestej trzeciej z okładem. Po zaaplikowaniu takiej dawki nikt chyba nie mógł powiedzieć, że za mało i za krótko.

Obawiałem się nieco po perkusyjnym intro, że bębniarze przytłoczą całość potężnymi uderzeniami swoich zestawów. Częściej jednak grali w danej chwili na cztery ręce niż na sześć, a pierwsze mocne akordy gitar i basu w Lizard upewniły mnie tylko, że dźwięk jest ustawiony bez zarzutu, podobnie jak dyspozycja, w jakiej znajdują się wszyscy panowie. Równowaga między starymi (do 1974) i nowszymi (od 1981) utworami była zachowana. Jednak rozglądając się po widowni, widząc w przeważającej liczbie tych, którzy lat naście mieli raczej w okolicach przełomu lat 60. i 70. poprzedniego stulecia, mam przekonanie, że serce żywiej nie tylko mi biło przy najstarszym materiale. Czy muszę się z tego tłumaczyć, że w głowie mam wyrytą każdą nutę z Larks'... zapisanego przez moich braci jeszcze na ZK120? Że przemielone i przetrawione nastoletnią jeszcze głową mam te właśnie siedem pierwszych studyjnych albumów?

Taka karma

i z tym trudno dyskutować.

Tyle lat przyszło mi czekać, by wreszcie móc usłyszeć King Crimson na żywo, wcześniej jakoś się nie składało. Warto było, koncert był znakomity, wrażenia, jakie dopadają człowieka za tym pierwszym razem, uderzyły we mnie z całą mocą. Nie ośmielę się marudzić, że nie było nic z Discipline, że nie śpiewał Adrian Belew, że to czy tamto.

Wciąż na nowo próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, które wcielenie KC jest mi najbliższe - to symfoniczne (?) z dwóch pierwszych płyt z Lake'em, to psychodeliczno-jazzrockowe (?) z Lizard i Islands, czy progresja połączona z hardrockowymi riffami (?) z czasów Larks'..., Starless... i Red. I najbliższą prawdy odpowiedź otrzymałem w ostatnim numerze na bis - tym pochodzącym z pierwszej płyty z 1969 roku: 21st Century Schizoid Man. Bo były w nim wtedy, przed laty, potężne gitary i psychodeliczno-progresywny odjazd, a teraz jeszcze z dokładką w postaci jazzowych improwizacji. Czyli wszystko.

(King Crimson, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 18 września)

[W NaTemat: 20 września 2016]

sobota, 08 lipca 2017, mariuszgr4
Tagi: king crimson

Polecane wpisy

Kontakt