Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Portret potrójny we wnętrzu

ostatnia_rodzina1

„Ostatnia rodzina” to z pewnością nie jest film o normalnej podstawowej komórce społecznej. Tylko że w takiej normalnej - inaczej niż u Beksińskich - nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Z mieszczańskiego trybu życia raczej nie zrodzi się nowa jakość.

*

Wściekły na matkę Tomasz – z tego powodu, że pieczołowicie posprzątała mu mieszkanie – wpada do kuchni rodziców, by na oczach osłupiałej i przerażonej rodzicielki (oraz... filmującego to wszystko kamerą ojca) demoluje pomieszczenie, wywracając szafki i zrzucając puszki i inne pojemniki na ziemię. Po takim nalocie wychodzi. Pani Zofia – zapłakana – klęka na kolana i zaczyna sprzątać. Po chwili zwraca się błagalnym tonem do męża, by ulitował się nad nią i przestać kręcić.

W przeciętnej rodzinie, w podobnej sytuacji ojciec, jeśli już nie próbowałby zatrzymać wściekłego syna, to zabrałby się razem z żoną do sprzątania. W innym wypadku w jego stronę natychmiast poleciałby talerz lub inny garnek, a na pewno parę niewybrednych, ale w pełni uzasadnionych sytuacją zdań komentarza.

„Ostatnia rodzina” to z pewnością nie jest film o normalnej podstawowej komórce społecznej. Tylko że w takiej normalnej nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Jej członkowie zwykle nie mają wybitnych osiągnięć, nie są tymi, co posuwają świat choć o milimetr naprzód w tej lub innej dziedzinie, nie legitymują się szczególnymi zdolnościami artystycznymi. Normalność to przeciętność, a ta jest przeciwieństwem indywidualności. Z mieszczańskiego trybu życia nie rodzi się nowa jakość, nie powstaje żadna wartość dodana.

*
Aż boję się to napisać, lecz film mnie rozczarował. Tym mianowicie, że nie wniósł niczego nowego do mojej wiedzy o rodzinie Beksińskich, że nie był w stanie zrobić ani kroku dalej poza to, co opisała w swej znakomitej książce Magdalena Grzebałkowska. Owszem: nagrody w Locarno i Gdyni, świetne recenzje, moja – widza – pewność, że kochany od czasów „Ziemi obiecanej” i „Dyrygenta” Andrzej Seweryn dorzucił do swego CV kolejną wielką kreację, że Dawid Ogrodnik po „Chce się żyć” ma następną wybitną rolę na koncie, że nie ustępuje im Aleksandra Konieczna, wybornie obsadzona w roli Zofii Beksińskiej. O tym byłem przekonany już przed projekcją i po dwóch godzinach w kinie nic się nie zmieniło. A najwyraźniej bardzo pragnąłem być czymś jeszcze zaskoczony.

*

Ze Zdzisławem Beksińskim czy – ściślej – informacjami na jego temat zetknąłem się po raz pierwszy w 1983 roku, zimą. Kolega ze studiów kupił nowy numer „Architektury”, a tam znalazł się reportaż o malarzu uzupełniony kilkoma fotografiami: jego obrazów oraz pracowni. Zafascynował mnie widok zarówno prac, jak i miejsca, w którym powstawały: widać było najwyższej wówczas klasy sprzęt audio, zaś odpytywany artysta opowiadał, że lubi pracować przy muzyce rockowej, a o takie deklaracje nie było przecież łatwo w tamtych latach.

Gdy ponad trzy dekady później oddawałem się lekturze książki „Beksińscy. Portret podwójny” uświadomiłem sobie, że w 1978 lub 79 roku miałem w rękach taśmę magnetofonową będącą własnością Tomasza. Ówczesna członkini naszej rodziny studiowała anglistykę na UŚ – i najpewniej była na tym samym roku, co przyszły redaktor. Co musiała zrobić, by pożyczył jej tę taśmę, nie mam pojęcia. Do odsłuchania ostatecznie nie doszło, bo lepszy sprzęt w moim domu pojawił się dopiero rok-dwa lata później, a wtedy stał tam tylko skromniutki ZK120, owa szpula natomiast była za duża - miała średnicę osiemnastu centymetrów i zawierała w dodatku zapis stereofoniczny.

W latach 80. byłem stałym słuchaczem „Wieczoru płytowego” i zdecydowanie bardziej wolałem propozycje Tomasza Beksińskiego niż Tomasza Szachowskiego. Nie kojarząc do pewnego momentu, że jest on synem Zdzisława, nie przepadając za jego nawiedzonym częstokroć komentarzem, nie zgadzając się z wieloma opiniami – chętnie jednak nagrywałem prezentowane przez niego płyty, np. te King Crimson z lat 80. Pamiętam, jak na przykład zżymał się na So Petera Gabriela, nazywając tę płytę flakami. Schabowym natomiast określił czwarty album artysty.

Jego nocnych audycji w Trójce nie dane mi było słuchać. Ani jego, ani Piotra Kaczkowskiego, ani żadnych innych. Z prostych powodów: za szamanizmem nigdy nie przepadałem, w miejscu pracy musiałem stawiać się najpóźniej o 6.59, a w 1991 roku urodzili mi się synowie, od razu dwaj. To wszystko skutecznie wyłączyło mnie na parę lat ze śledzenia na bieżąco tego, co dzieje się w muzyce, z możliwości spokojnego słuchania radia i płyt. Do regularnej lektury „Teraz Rocka”, następcy „Tylko Rocka”, też już nie wróciłem. Nie znałem więc felietonów redaktora TB.

Który już wtedy, w latach 90., narzekał na komputery i postępującą, jak to się obecnie mówi, cyfryzację - cóż powiedziałby dzisiaj, kiedy „w chmurze” wiedzą o nas więcej, niż mieściło się w teczkach wybrańców peerelowskich służb bezpieczeństwa? O którego odlotach, a tym bardziej ich skali, nie miałem – jak chyba większość – bladego pojęcia.

*

A potem, w odstępie paru lat, obiegły Polskę dwie informacje: o samobójstwie Tomasza (1999) i, znacznie bardziej wstrząsająca, o okrutnym zabójstwie - ale czy zabójstwo może nie być okrutne? - Zdzisława (2005).

Dopiero z wydanej dziewięć lat później książki Grzebałkowskiej, z pietyzmem i detektywistyczną dociekliwością odtwarzającej losy tych kilkorga ludzi, poznałem szczegóły ich życia. Po fascynującej i szokującej wielokrotnie lekturze mogłem zachodzić w głowę, co jeszcze można tutaj dopowiedzieć, jakie ujawnić nieznane szczegóły.

Film Jana P. Matuszyńskiego skupił się na okresie warszawskim – 1977-2005. Zamienił, przepraszam za banał, słowo na obraz. Scenariusz Robert Bolesto napisał co prawda wcześniej, niż ujrzała światło dzienne wspomniana książka, ale film objawił się światu później... No właśnie. Prawdopodobnie gdybym nie znał Grzebałkowskiej, byłbym – podobnie jak wielu - zachwycony. 

Jednocześnie, dodam od razu, mam przekonanie – bo znam trochę siebie – że gdy zdarzy mi się oglądać film drugi czy trzeci raz (a jestem pewien, że tak się stanie), moja opinia złagodnieje. Wiedząc już „co”, uważniej będę śledził „jak”. 

Nie sposób też uwolnić się od refleksji, że „Ostatnia rodzina”, zdecydowanie nieświęta, aczkolwiek z Zofią niczym Matka Boska, a za sprawą matek – babć Tomasza praktykująca i katolicka, w krzywym zwierciadle pokazuje niejedną spośród naszych rodzin, bez wątpienia znacznie bardziej pospolitych. Z tych rodzin – gdy patrzymy z boku - pozorną lub faktyczną dziwnością graniczącą z dziwactwem, z zachowaniami i wzajemnymi relacjami nie do końca uznawanymi powszechnie za normalne. Ale co w ogóle jest normą?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby film się nie udał, gdyby zepsuł nośny temat. Jest na szczęście bardzo dobry, tyle że - powtórzę - po lekturze książki niczym już nie zaskakuje, choć niejednego widza – tak jak moją żonę – potrafi porządnie „skopać”.

(Jan P. Matuszyński, Ostatnia rodzina, 2016)

[W NaTemat: 23 października 2016]

środa, 02 sierpnia 2017, mariuszgr4

Polecane wpisy

Komentarze
2017/08/03 13:20:50
Bardzo dobry film. Trzyma w napięciu od początku do końca, poza tym wiele mówi o Beksińskich. Co prawda są ludzie, którzy uważają, że film szczątkowo opisuje życie tych ludzi i niekiedy mija się z prawdą, ale zapominają, że celem twórców było opowiedzenie wciągającej historii i przypomnienie zapomnianych już bohaterów, a to się udało.
-
2017/08/08 11:51:45
Filmy, które próbują opowiedzieć całe życie (życia), robią zwykle komiksowe wrażenie - zbyt wiele upycha się w tych 1,5 - 2 godzinach. Jednym z takich spektakularnych dla mnie przypadków jest ekranizacja "Miłości w czasach zarazy". Warszawski czas Beksińskich to i tak wiele lat, a filmowo broni się bardzo mocno. Czy bohaterowie są zapomniani? Ech, Auguście, to chyba sprawa różnicy pokoleń :) Pozdrawiam serdecznie.
Kontakt