Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Jack White III Akustyczny

jw_iii

To, najwyraźniej, definiuje styl Jacka White'a: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz.

*

Notując swoje wrażenia dotyczące dwóch poprzednich albumów artysty, zżymałem się na „pośpiech” w rejestrowaniu nagrań, niechęć do wycelowania szczegółów w studiu, ubolewałem, że wciąż brak mi tej kropki nad „i”. A teraz?

Teraz wracam pamięcią do pierwszej sceny 

It Might Get Loud

(Będzie głośno, 2008), w której muzyk, w plenerze, bierze do ręki byle jaką deskę, znajduje jakiś gwóźdź, który – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – wbija w tę deskę kamieniem, następnie podnosi z ziemi kawałek drutu i... ma gitarę gotową. I chyba ten obrazek definiuje JW III: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz, melodia i tekst, zaś całą tę mniejszą lub większą ornamentykę pozostawia w spokoju, daleko od siebie, niech inni sobie dłubią jeśli chcą, poprawiają i dopieszczają, on – nie.

https://youtu.be/UbDrtUZGHPA

A jakiś czas potem w tym samym filmie trzej panowie - JW, The Edge i Jimmy Page – znajdują się w studiu. I ten ostatni dobywa ze swej gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love. Oczy pozostałych dwóch płoną...

*

Whole Lotta Love otwiera drugą płytę Led Zeppelin, wydaną w październiku 1969 roku. Rok później ukazuje się trzecia, moja ukochana, odkąd usłyszałem ją w całości (oj, było to wiele lat później). A na niej – pierwszy 

akustyczny set

w dziejach rocka.



W tym miejscu dodać też należy, że Jack W.  jakiś czas temu zamienił rodzinne Detroit na Nashville. Bo to są te, dość oczywiste, tropy dotyczące nowego wydawnictwa artysty. Tyle że oczywistość niczego jeszcze nie załatwia, częściej może przełożyć się raczej na banalność niż przekaz udany artystycznie, zwłaszcza po upływie tylu dekad, w roku 2016. Tym bardziej że album ma kompilacyjny charakter, zbiera bowiem utwory nagrane na przestrzeni osiemnastu lat. Ściślej – akustyczne bądź prawie akustyczne wersje utworów zamieszczonych na płytach White Stripes, Dead Weather, Raconteurs i solowych.  Album w dodatku nie jest krótki – składają się nań dwie płyty, dwadzieścia sześć utworów.

Dostatecznie dużo, by dać obraz albo odpadów, przypadkowo dość pozbieranych z różnych sesji i lat, niekoniecznie trzymających się tzw. kupy, albo – właśnie: piosenek świadczących o 

wierności

muzycznym ideałom i idolom, dowodzących stylistycznej jednorodności. Rozpiętej – jak na Amerykanina z Południa (z wyboru) przystało – między bluesem, rock and rollem, bluegrassem i country. I jeśli brakuje mi w jego innych płytach ostatniego szlifu, to tutaj mam wreszcie poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu: prawie nic ponad niezbędne minimum, proste aranże, skromna, w przeważającej mierze akustyczna instrumentacja, A to tylko mocniej uwypukla urodę poszczególnych kawałków i ich niekoniecznie prostą fakturę. Czyli, chciałoby się rzec, zupełnie jak u McCartneya, choć White'owi znacznie bliżej do patentów Page'owsko-Plantowskich.

(Jack White, Acoustic Recordings 1998-2016, 2016)

[W NaTemat: 20 listopada 2016]

środa, 06 września 2017, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt