Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Królowe Kamiennego Zachodu albo szwarccharaktery

pobrane12

Warto było czekać. Bardzo warto. A byłbym zawiedziony, rozczarowany, gdyby nie. Gdyby się okazało, że wielka forma z "...Like Clockwork" (2013) oraz "Post Pop Depression" (2016) nagle gdzieś umknęła.

Nie umknęła. I jestem szczęśliwy, bo gdy emocje związane z Pearl Jam przestały już być tymi z gatunku najmocniejszych, zastanawiałem się wielokrotnie, czy w rocku doczekam kiedyś jeszcze – po domknięciu piątego krzyżyka – wykonawcy, który zdoła mnie poruszyć, uruchomić tę kruchą nić zachwytu zastrzeżoną dla szczególnie mocnych doznań.

Do Josha Homme’a i jego QOTSA podchodziłem z poślizgiem i z niejakimi oporami. Uparte lektury wcześniejszych płyt doprowadziły mnie jednak  do zachwytu nad poprzednim albumem zespołu. Zachwytu, dodam, dawno w takiej mierze nieodnajdywanego podczas słuchania płyt. Wydawnictwo firmowane nazwiskiem Iggy’ego Popa tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Homme robi teraz rzeczy w rocku najlepsze.

*

I oto wreszcie jest 

upragniony nowy krążek.

W tle mamy zamachy - ten w Paryżu w listopadzie 2015, zwłaszcza  w klubie Bataclan podczas koncertu Eagles of Death Metal, czyli kumpli JH. Oraz ten tegoroczny, majowy po koncercie Ariany Grande w Manchesterze. Poruszony lider QOTSA mówi, że z niczym nie należy zwlekać, bo będzie się tego żałować. Trzeba działać natychmiast - jeśli chce się coś zrobić, należy to robić niezwłocznie. 

Dużo przy okazji Villains mówi się też o Marku Ronsonie, producencie znanym dotąd raczej ze współpracy z wykonawcami  lżejszej muzyki. Osobiście nie przeceniałbym jego roli. W ostatnich dniach w domowej szufladce wylądowały też wcześniejsze krążki Queens i, najzwyczajniej, dostrzegam na nich klawiszowo-komputerowo-syntezatorowe patenty bliźniaczo podobne do tych najnowszych. Zresztą sam Homme stwierdził, że przy powstawaniu nowego materiału najpierw był pomysł na pewne rozwiązania brzmieniowe, a dopiero potem koncept, by Ronson, notabene wielki fan QOTSA, został producentem całości. Josh H. jest po prostu artystą tej miary, że płyty, w których zanurzy swoje wszystkie dziesięć palców, będą bardziej jego niż jakiegokolwiek producenta.

On robi swoje. Gra 

ostro, ostrzej

niż na poprzedniej płycie. Chwilami, jak dawniej, z wielotonowym ładunkiem, ciężko. A czasem wręcz punkowo, jak w Head Like A Haunted House. Tyle tylko, że ostro gra się od ponad czterdziestu lat. Ostro – może być na kształt Deep Purple, z mocnym, często na pograniczu krzyku, pełnym ekspresji wokalem, ale może też być na podobieństwo The Cream, gdzie ani Clapton, ani wykonujący lwią część partii wokalnych Bruce nie forsowali swoich głosów. Ba! Bruce miał jeszcze swoją wartość dodaną w postaci falsetów. Homme został przez naturę wyposażony w niemal identyczny sposób: śpiewa więc lekko, zdecydowanie łagodząc barwą swego gardła to, co wydobywa się z instrumentów. Gdyby do tych ostrych gitar dołożyć głos w stylu nieodżałowanej pamięci Chrisa Cornella, otrzymalibyśmy zupełnie inną jakość. Zdecydowanie – jestem przekonany - mniej interesującą i statystycznie znacznie częściej jako produkt finalny występującą. W jakiś sposób: wyeksploatowaną, czasem wręcz zajechaną jak łysa rokendrolowa kobyła. Cóż, śpiew Homme’a zdecydowanie bardziej odwołuje się do 

tradycji bluesowej

niż rockowej.



Jednakże jego wokal to jeszcze nie wszystko. Bo do  charakterystycznego stylu Dżej Ejcza należy przecież granie na gitarze - w sposób w wielu momentach oldskulowy, tak jak grało się w latach 60. albo wręcz 50.: szarpany, akordowy. Zamiast ściany dźwięku – znów dość typowej, najczęściej stosowanej przez rockowych wykonawców, otrzymujemy krótkie, urywane dźwięki - coś, co pozwala natychmiast rozpoznać Queens w tłumie. Jeśli grzebać w historii, próbujac znaleźć jakieś odniesienia, do głowy przychodzi mi Marc Bolan i T. Rex.
No i, last but not least, do tego wszystkiego dodać należy jeszcze jeden, niebagatelny i nieodzowny warunek – proste, a jednocześnie zgrabne,

fantastyczne piosenki.

Obok tych zbudowanych na mocnych riffach - łagodniejsze, czerpiące z tradycji  beatlesowskiej, choćby w kończącym całość Villains of Circumstance czy w partii smyków w Un-Reborn Again. Reasumując: takiej muzyki nie da się wykoncypować na zimno jako przepisu na popularność i wielomilionową sprzedaż (spotkałem się z taką opinią wygłoszoną przez osobę z okolic tzw. branży). Do tworzenia takich dźwięków potrzeba artysty świadomego historii pop music i potrafiącego z niej czerpać oraz twórczo przetwarzać. Trzeba człowieka o talencie miary niepospolitej, największej.

Villains to znakomita płyta. Wszystko mi mówi, że – choć  właśnie ukazał się krążek Gizmodrome, a w październiku pojawi się nowy Robert Plant - moja płyta roku.

(Queens of The Stone Age, Vallains, 2017)

[W NaTemat: 17 września 2016]

wtorek, 27 lutego 2018, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt