Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Skoków narciarskich skok na bulę

Jeśli zabraknie świetnych Austriaków, zniknie najpewniej forsa sponsorów, zmaleje zainteresowanie mediów i kibiców. Znikać będzie coś, co przyjdzie odbudowywać przez lata, a może nie uda się tego odtworzyć już nigdy.

*

Jak się ma w najbliższej rodzinie dwóch dziennikarzy zajmujących się sportem, nie sposób od tej dziedziny życia zupełnie się uwolnić. Zwłaszcza jeśli tak naprawdę wcale tego się nie chce, jeśli zmagania ludzi uprawiających tę czy inną dyscyplinę budzą żywsze bicie serca.

*

Znów mamy taki czas, gdy możemy cieszyć się wynikami naszych skoczków narciarskich. Nawet gdy powiemy, że Kamilowi Stochowi nie pozostało nic innego, niż wygrać Turniej Czterech Skoczni, bo po drugim konkursie cyklu odpadł z rywalizacji Kraft, a po trzecim Freitag. Nawet gdy zauważymy, że rywale w konkursie drużynowym MŚ w lotach robili wiele, by na podium się nie znaleźć. Nawet gdy odnotujemy nieobecność w ekipie Norwegów Tandego w minionym dopiero co weekendzie w Zakopanem. 

Już niebawem olimpiada, na której skoczkowie będą naszymi największymi nadziejami medalowymi, a w marcu finisz zmagań o Kryształową Kulę i wielkie szanse na jej kolejne zdobycie przez naszego mistrza.

*

Skoki narciarskie stały się polskim

sportem narodowym

odkąd Adam Małysz przeskoczył swoje najśmielsze marzenia i zapomniał w swoich podniebnych lotach o perspektywie patrzenia na świat z góry, ale z pozycji dekarza. Dał rodakom, zwłaszcza zimową porą, powody do dumy i radości, jakiej nie przeżywaliśmy od dawna. Stabilizacja jego formy na najwyższym poziomie była czymś mało znanym wśród reprezentantów naszego kraju. Gdy przyszedł nieco gorszy czas, gdy zajmował miejsca w drugiej dziesiątce, zdarzało mi się mówić, siedząc przed telewizorem, że jeszcze za tymi nastymi miejscami w skokach zatęsknimy, gdy Małysz zakończy karierę. Ku kolejnemu zdumieniu i kolejnym radościom – stało się inaczej. Z grubsza każdy wie, jak.

Ale, ale… Mój syn już parę lat temu mówił, że coś jest nie tak, skoro w mistrzostwach Polski startuje niewiele ponad trzydziestu zawodników. W grudniu 2017 było podobnie. Drużynę narodową mamy mocną jak nigdy, szczyt formy przeżywa Stefan Hula, rekompensując gorszą dyspozycję Kota i Żyły. Tyle tylko, że najmłodszy z tej piątki ma dziś dwadzieścia siedem lat, a następców jakoś nie widać. Znów chciałbym się mylić i wierzyć, że talent Pilcha, inaczej niż Ziobry czy Bieguna, rozkwitnie na całego, a kilku innych chłopaków dzielnie będzie mu asystować.
Bo od czasów Małysza jest zainteresowanie kibiców, mediów i sponsorów. Gdy są pieniądze, wszystko jest łatwiejsze. W skali kraju, ale i całej dyscypliny. A ta – bardzo pragnę raz jeszcze się mylić – zdaje się 

powoli umierać.

Wystarczy prześledzić to na przestrzeni owych kilkunastu lat, jakie dzielą nas od pierwszych sukcesów Adama M. Skoki coraz bardziej stają się sprawą kilku zaledwie nacji. To będzie tak długo nieistotne, jak długo dyscyplina pozostawać będzie w gronie sportów olimpijskich. Bo póki do wywalczenia będą medale igrzysk, póty sztaby ludzi w paru miejscach na świecie będą z uwagą pochylać się nad wyjściem z progu i punktem K. Znajdzie się kasa – i nadzieja, że nasi chłopcy też ją będą mieli, posiadając tym samym zdolność do wyszarpywania kawałków ciągle atrakcyjnego tortu (bo był już czas, gdy polskie skoki przypominały saneczkarstwo z okresu, gdy tory śniegowe zamieniono na lodowe i świat nam raz na zawsze odjechał).

Nacji walczących – i to nie tylko o najwyższe laury, ale w ogóle walczących w trzech klasach rozgrywkowych, jest niewiele. Finowie, od zawsze potęga narciarska, w czasach Małysza lśniąca koalicją Ahonena z braćmi Hautamaekimi i jeszcze paroma niewiele mniej utalentowanymi, są dziś w czarnej nocy okołobiegunowej. O zbłąkanym choć jednym Szwedzie słuch zaginął, gdzieś tam trzepią w bule jeden Bułgar, jeden Rumun i kilku Turków, Koreańczyków (byle do olimpiady) oraz Estończyków. Szwajcaria, w czasach Fortuny, Pawlusiaka i Krzysztofiaka potęga, wraz z przejściem Ammanna na emeryturę będzie miała okazję stać się kolejnym krasnoludkiem. Kto wie, może niewiele lepsze perspektywy będą mieli Japończycy po odpięciu nart przez Kasaiego. Rosjanie, kiedyś liczący się, całkiem niedawno mający w składzie Karelina (zginął w wypadku samochodowym), a ostatnio Klimowa (zdawało się, wielki talent), w sobotę przeskoczyli jedynie buloklepów z Kazachstanu. Czesi (moje pokolenie pamięta Raškę i Hubača, a jeszcze rok - dwa lata temu byli Koudelka, Janda i Hajek) zamiatają ogony, nie wystawiając nawet – podobnie jak Włosi czy Francuzi – drużyny w mistrzostwach w lotach. Kruczek, jak widać, reprezentantom Italii nie jest w stanie pomóc, Francuzi po zakończeniu kariery przez Chedala jeszcze w poprzednim sezonie mieli Sevoie, ale dziś nie radzi on sobie zupełnie, a inni ubijają zeskoki w pucharze kontynentalnym czy zawodach fiscupowych. O chłopakach zza oceanu od dawna już nie da się mówić poważnie.

Nadzieja, przyszłość skoków zdaje się być 

w rękach Austriaków.

Przedstawiciele tej nacji, z powodzeniem, prowadzą kadry Polski, Niemiec i Norwegii. Pora wywalić z roboty Schallerta (Czechy) i, przede wszystkim, Kutina, który nie radził sobie parę lat temu u nas, a teraz rozwala potęgę, wydawało się, nie do rozwalenia, czyli Austrię właśnie, słabą jak nigdy dotąd. Bo jeśli skoczkowie z okolic Innsbrucka, Bischofshofen i Kulm przestaną, tak jak Finowie, liczyć się w rozgrywkach o najwyższe laury, wieszczę całej dyscyplinie schyłek. Pozostaną co prawda Niemcy i Norwegowie, ale oni są mocni w wielu innych dyscyplinach zimowych, mogą nie mieć aż takiego ciśnienia, by łożyć na tę akurat dyscyplinę. No i Słoweńcy, którzy zawsze mogą rozegrać między sobą trochę lepszy lub trochę gorszy turniej o wielką nagrodę Planicy. 

Jeśli więc zabraknie świetnych Austriaków, zniknie najpewniej forsa sponsorów, zmaleje zainteresowanie mediów i kibiców. Jeśli z czasem zamierać będą ich słynne skocznie, znikać będzie coś, co przyjdzie odbudowywać przez lata, a może nie uda się tego odtworzyć już nigdy. Jeśli nie będzie można liczyć na pieniądze (nb. dużo mniejsze niż w futbolu czy tenisie) w formie nagród dla najlepszych, jeśli producenci przestaną interesować się zmianami, poszukiwaniami nowinek technologicznych w sprzęcie, cały ten latający cyrk zacznie się zwijać. Jako kibic myślę sobie: oby nie skończył jako zabawa dla garstki zapaleńców, co to sami przecierają tory na rozbiegach niszczejących skoczni i uklepują zeskok. Ot, taki bajer dla wtajemniczonych w czasie wolnym od innych zajęć. Prawie jak bojery.

[W NaTemat: 31 stycznia 2018]

czwartek, 08 lutego 2018, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt