Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Gizmodrome!

pobrane_1

Bębniarz Police Stewart Copeland, gitarzysta i wokalista Franka Zappy oraz King Crimson Adrian Belew, basista Level 42 Mark King oraz keyboardzista Vittorio Cosma uśmiechają się do nas ze wszystkich zdjęć umieszczonych na okładce płyty - to świetnie definiuje klimat, jaki panował w studiu w czasie nagrywania krążka.

*

Gdy dowiedziałem się, że materializuje się taki projekt, serce zabiło mi mocniej. Jeśli pamięć mnie nie myli, poprzedni 

superskład 

to Them Crooked Vultures z Joshem Homme’em, Dave’em Grohlem i Johnem Paulem Jonesem i ich jedyna płyta sprzed ośmiu lat. Gdy spotykają się słynni muzycy mający w swoim CV członkostwo w słynnych kapelach, nie sposób przejść obok tego obojętnie i, co zdecydowanie istotniejsze, bez nadziei na nową jakość i kawał dobrego grania.



Bębniarz Police Stewart Copeland, gitarzysta i wokalista Franka Zappy oraz King Crimson Adrian Belew, basista Level 42 Mark King oraz keyboardzista Vittorio Cosma uśmiechają się do nas ze wszystkich bodaj zdjęć zamieszczonych na okładce oraz w książeczce dołączonej do płyty formacji Gizmodrome. Widać – i słychać! - że zażarło, że jest chemia, że wspólne granie dało czterem niemłodym już panom mnóstwo radości.

Dwanaście utworów tworzących album kipi energią, jazda jest naprawdę przednia i bardzo wysokiej próby. Głowa oczywiście od razu chce to jakoś ogarnąć, wpisać w kontekst szerszy niż umieszczenie krążka na domowej półce wśród wykonawców na literę G. Tak więc te 

rozwibrowane dźwięki

kojarzą mi się z Dave Matthews Band, a jeszcze bardziej z dokonaniami Carlosa Santany – i to tymi najlepszymi. Tym, co bardziej oczywiste, są regałowe i chórkowe klimaty spod znaku Police, czemu trudno się dziwić, zważywszy że Copeland dostarczył najwięcej materiału na płytę. Są gitarowe odloty spod znaku Zappy i King Crimson, ale też Hendriksa – riffy chwilami zaiste potężne. Są linie ostrego, funkującego basu, są echa Talking Heads i wspólnego dzieła Byrne’a oraz Eno My Life In The Bush of Ghosts.



Całość działa – i to wybornie. Wciąż mam ochotę podkręcać potencjometr we wzmacniaczu, jakby z chęci sprawdzenia, czy ta muzyka może stać się zbyt głośna, czy nadmiar decybeli jest w stanie przebić, przykryć nieokiełznaną energię emanującą z każdego wydobytego przez czterech panów dźwięku. Pewnie tak, ale jeśli ktoś chce takiej muzyki słuchać cicho, lepiej niech nie słucha wcale. 

Marzy mi się udział w ich 

koncercie

– zespół ma ruszyć w trasę w 2018 roku. Właśnie teraz, gdy ten miłosny czworokąt jest tak świeżym doznaniem dla wszystkich (choć cały proces powstawania, nagrywania i realizacji płyty był nieźle rozciągnięty w czasie). Teraz, gdy to rozsadzanie wszystkich zmysłów – jestem pewien – da się natychmiast przenieść ze sceny na widownię. I nic to, że wspólnego materiału, przynajmniej tego zarejestrowanego na płycie - jest zaledwie na trzy kwadranse. Nie mam wątpliwości, że uraczono by słuchaczy pełnowymiarowym i pełnokrwistym występem.

 

Tyle że taki koncert nie mógłby odbyć się w Polsce. Tu prawie nikt nie zaprząta sobie głowy tą płytą, Poza Gabą Kulką, która na bardzo gorąco, tuż po ukazaniu się albumu, poświęciła całą swoją Trójkową audycję Gizmodrome właśnie, racząc słuchaczy obszernymi fragmentami interesującej rozmowy z Copelandem i Belew. Jedna Kulka wiosny jednak nie czyni, od Pani Kulki do efektu kuli śnieżnej bardzo jeszcze daleko. Niestety, zupełnie nie rozumiem tego braku zainteresowania - co stwierdzam z przykrością, bo dla mnie to jedna z najważniejszych płyt 2017 roku.

(Gizmodrome, Gizmodrome 2017)

[W NaTemat: 12 października 2017]

wtorek, 06 marca 2018, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt