Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Hey – zespół potrzebny ludziom

pobrane18

Z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców jeden Hey tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży.

*

Ćwierć wieku działalności, trudno nie dostrzec pewnej analogii, że Hey ma historię niemal równie długą jak polska transformacja. I oprzeć się refleksji, że z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców on jeden tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży. Że swoimi dokonaniami wpisał się do ekstraklasy historii rodzimego rocka, a w jeden sposób z całą pewnością pozostawia w tyle całą stawkę, z Niemenem i SBB, z Republiką i Maanamem na czele: przez dwadzieścia pięć lat ciągłej działalności cały czas tworzył rzeczy istotne, znaczące artystycznie. (Może i jest jeszcze jedna podobna kapela w Polsce, tyle że jej członkowie przez ponad trzydzieści lat nie nauczyli się grać, co w moich uszach dyskredytuje ją od przynajmniej dwóch dekad).



To, czego byłem świadkiem wczoraj 

w katowickim Spodku, 

wzruszyło mnie wielokrotnie i to bardzo, ożywiając przy tym wspomnienia związane ze szczególnymi chwilami spędzonymi w tej hali. Pominąwszy wszelkie „spędy”, imprezy, w których brało udział wielu wykonawców, pozostawiając na moment z boku zespół pod specjalnym nadzorem, jakim jest dla mnie Dżem, jego sety wieńczące Rawy Blues w latach 80. i występ z okazji trzydziestolecia, przywołuję dwa takie wieczory: powracającego pod koniec lat 80. Perfectu z Hołdysem oraz szalony koncert Obywatela G.C. po wydaniu Tak, tak. Ale i tym razem rozum nakazuje mi uznać wyższość tego, czego doświadczyłem wczoraj, a to z tego mianowicie powodu, iż tamci mieli wtedy za sobą parę, nawet nie dziesięć, lat aktywności, a tutaj jest tego cała „ćwiartka”.

Pełniuteńki Spodek, a na scenie nasi rodacy niczym nieustępujący gwiazdom zachodnim – to rzadki obrazek. Tę magię w sporej mierze tworzył w piątkowy wieczór jeden szczególnie istotny element: powrót do starszego, a nawet najstarszego materiału w jego oryginalnym, oczyszczająco bezkompromisowym, gitarowym brzmieniu. Bo choć byłem jednym z wielu, którzy pozostali przy Heyu po jego stylistycznej wolcie, to oczywiste jest, że – też tak jak wielu – pokochałem zespół za mocne dźwięki, za najlepszy przeszczep grunge’u na polskiej ziemi, za twórcze jego przetworzenie i pójście dalej swoją własną, oryginalną drogą.

 

Tym, co również stanowi o wyjątkowości szczecińskiej kapeli – wciąż mając na myśli naszych najlepszych – jest obecność w jej składzie 

kobiety

(i nie zapominam w tym miejscu o Korze, o której można powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, że charakteryzuje ją rockowa barwa głosu). Talent i osobowość Katarzyny Nosowskiej rozkwitały z biegiem lat, a jej przynależność do grona autorów najważniejszych i najlepszych tekstów piosenek nie podlega dziś dyskusji. Moja do niej słabość, razem z jej introwertycznością i – chyba – neurotycznością – wynika ze ściśle merytorycznych względów, a nasiliła się (słabość) ponad półtora roku temu, gdy w katowickim Rialcie formacja promowała krążek Błysk, zaś Nosowska, oprócz znanego od zawsze skromnego i wycofanego „No, dziękujemy”, prowadziła regularną i dowcipną konferansjerkę. 

Ale wczoraj przeszła chyba samą siebie. Pal licho od zawsze niską samoocenę, co jest aż trudne do uwierzenia w przypadku kogoś tak niepospolitego. Wiele jej wypowiedzi skrzyło się od humoru rodem z najlepszych kabaretów – pani Kasia objawiła się wczoraj jako damski porte-parole Grzegorza Halamy. Nie żałowała też anegdot. Kto był albo widział transmisję koncertu w Youtubie, ten wie, kto nie – niech żałuje. Przytoczę tylko jedną: męska część zespołu od lat ma swojego zaufanego mechanika samochodowego. I on niedawno stwierdził: „Byliśmy z żoną w tym internecie, ale tam nic nie ma”.

Przede wszystkim jednak – była w świetnej formie wokalnej, bez problemów dając sobie radę w ostrych kawałkach, co nie zawsze udawało się jej w przeszłości, a w spokojniejszych potwierdzając ogólnie znane walory. I, co pewnie odnotowała większość obecnych na widowni pań, wyglądała zdecydowanie ładniej niż ostatnimi czasy, znów kobieco.

Jedyną kwestią, co do której pozwoliłbym się z nią nie zgodzić, były peany na cześć 

gości,

ściślej – dwóch wokalistów płci męskiej. Mietall Waluś (Negatyw) nigdy wybitnym śpiewakiem nie był, ale wczoraj spalił także wejście w swym ukochanym – jak powiedział – numerze Heya, [sic!]. To i tak nic w porównaniu z Igorem Herbutem (LemON). Pani Katarzyna zapowiedziała go jako przybysza z innej wokalnej planety (choć trochę później wspomniała, że znała go wcześniej z telewizji). Zgadza się – aczkolwiek planeta to mocno powiedziane, raczej satelita – czyli mała hala przy Rondzie – w porównaniu ze Spodkiem,  talentszoły przy przekazie prawdziwie artystycznym. Herbut pozostał do dziś w blokach startowych pewnego programu, w dodatku prezentując się jak większość jego uczestników: w ciągu paru minut trzeba pokazać wszystko, co Bozia dała. Cóż, Igor H. zupełnie nie rozumie, o czym jest śpiewana przez niego piosenka – położył na łopatki coś tak pięknego, jak List.

To tyle krytyki – dotyczącej kilku minut w występie trwającym w sumie prawie dwie i pół godziny. Wszystko inne: palce lizać. Świetna była Brodka – w duecie z Nosowską w Nic więcej… oraz w solowym, kanonicznym odśpiewaniu Zazdrości.



Najważniejszym gościem był jednak, co oczywiste – pierwszy lider zespołu, 

Piotr Banach. 

Czy nie przeszedł go dreszcz, gdy popatrzył na pełną halę, czy nie poczuł podobnego ukłucia, jak – podejrzewam - Mick Taylor patrzący ze sceny na bezkresne tłumy na koncercie Rolling Stones w Hyde Parku parę lat temu? Paweł Krawczyk ustąpił Banachowi miejsca, a zespół zagrał najostrzejszy fragment koncertu, z One of Them, Schisophrenic Family i Misiami. Oj, zadrżałem wtedy cały, bo nie oczekiwałem aż takiego dosypania do pieca. Kapela w ten sposób wróciła przecież do swoich początków. Musiałem potem chwilę przestawiać swoje uszne potencjometry, by wejść w Historie i dalszą część koncertu, wciąż gitarowego, ale bardziej melodyjnego.



Zdecydowanie wybaczam Nosowskiej dwie łzy, które zawisły jej u rzęs w czasie Heledore. To nie Geppert płacząca w minutę po wyjściu na scenę i rozdarciu trzewi w Kocham cię, życie. To adrenalina, emocje związane z pożegnalną trasą i trwającym właśnie koncertem.

Zakończenia

były trzy. Część zasadniczą zamykała Moja i twoja nadzieja, a potem wszystko było już poddaniem się żywiołowi sceny: Teksański, Mimo wszystko i Luli lali, a gdy niektórzy widzowie zaczęli  zmierzać ku wyjściu, bez Jacka Chrzanowskiego, Hey odegrał jeszcze dwa numery: Ja sowa oraz Chyba.

Brakło może wspólnego ukłonu na koniec, ale… Ufam, że jest w tym palec Opatrzności (nie opaczności): że w działaniu członków zespołu jest tyleż przemyślenia, co spontaniczności. Że to jeszcze nie koniec. Bo zagrali fantastycznie – Marcin Żabiełowicz potwierdził swoje superkwalifikacje jako gitarzysta solowy, niski bas Chrzanowskiego sprawił parę razy, że poczułem ciarki na plecach, Paweł Krawczyk, Robert Ligiewicz i Marcin Macuk pięknie dopełnili całości – radością było patrzeć na muzyków zawodowców i zawodowo zrealizowany od strony wizualnej koncert.

I chciałoby się zawołać: jak można, będąc w tak świetnej formie, zawieszać na nie wiadomo jak długo, może na zawsze, działalność?! Odbijam się od ściany po lewej do tej po prawej, od „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym” do pięknego stwierdzenia pani Kasi, że tak ważne w życiu jest, by czuć się potrzebnym innym ludziom. Właśnie, moje serce fana krzyczy: „Hej, Hey, jesteście potrzebni ludziom!...”.

P.S. Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/hey/2017/spodek-katowice-poland-73e052d5.html

(Hey, Fayrant, 8 grudnia, Spodek, Katowice)

[W NaTemat: 9 grudnia 2017]

niedziela, 29 kwietnia 2018, mariuszgr4
Tagi: Hey

Polecane wpisy

Kontakt