Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Śpiewnik Diany Krall

pobrane17

Ta płyta to jeden z dowodów na to, że świat nie cały zwariował, że nie pędzi ciągle jak oszalały do przodu.

*

Płyta sprzed trzech lat – wydana w lutym 2015 – to już niemal staroć. W bezustannym zalewie tzw. nowości coraz trudniej o poświęcenie uwagi albumom, które ukazały się jakiś czas temu i nic nie wskazuje na to, by miały okazać się wyjątkowymi i wpłynąć choć odrobinę na dalsze losy, w tym przypadku – pop music.

Mam w domu kilka krążków Diany Krall. Przesadziłbym, mówiąc, że to moja szczególnie ulubiona artystka, a jednak jej dokonania –  starannie opracowane i wykonane piosenki o, najczęściej,

jazzowym zabarwieniu 

– budzą sympatię i zainteresowanie. DK jest ponadto żoną Elvisa Costello, śpiewaka, kompozytora i wykonawcy, i ma z nim dwóch synów – bliźniaków (co dodatkowo ociepla wizerunek tej pary w moich oczach, jako osoby podobnie doświadczonej życiowo).



Aż by się chciało napisać, że Wallflower to taka bardziej współczesna wersja American Songbook, gdyby nie fakt, że wśród dwunastu piosenek wybranych przez kanadyjską wokalistkę są utwory napisane nie tylko przez Amerykanów, ale też Anglików, Irlandczyka czy Nowozelandczyka.

Idą święta, czas definiowany jako rodzinny. Ze świecą szukać dziś domów, w których śpiewa się przy tej okazji kolędy. Częściej już spotkamy się z przypadkami stosownych płyt położonych na talerz bądź wrzuconych do odtwarzacza. Wśród zalewu zajechanych do bólu piosenek z dzwoneczkami coraz trudniej znaleźć takie, które wymykają się banałowi (w moim domu są to na przykład krążki rodzin Pospieszalskich albo Steczkowskich). Jak jeszcze dołożyć do tego czas grudniowy w centrach handlowych, gdzie od lat atakują nasze uszy dżinglbelsy, kicz zdaje się nie mieć granic.

Album Krall wydaje mi się świetnym 

zamiennikiem

takiego kolędopastorałkowania, zwłaszcza tego w anglosaskim wydaniu. Sprawdzi się jako nieinwazyjne tło rozmów przy świątecznym stole, snując swe łagodne dźwięki między podłogą a sufitem. Ale równie dobrze, a nawet jeszcze lepiej zadziała, gdy poświęcimy mu więcej uwagi.

Matowy głos Krall kiepsko funkcjonowałby w potężnych, orkiestrowych aranżacjach, tych znanych z wykonań, skądinąd wzorcowych, choćby Franka Sinatry, które z pewnością wybrałaby  Celine Dion. Jest więc zdecydowanie bardziej kameralnie, ale znów – bez prób w stylu, niepodrabialnego przecież, Boba Dylana. Ładność wersji Krall nie ma nic wspólnego z cukierkowatością, z nieznośnym do omdlenia lukrem. Broni ich poczucie smaku: wielka kultura muzyczna, 

dopieszczone aranżacje

zrodzone z tego, że ma się pomysł na opracowanie każdej wybranej piosenki. Nie bez znaczenia na pewno jest fakt, iż nad całością czuwał David Foster. Dominuje wyciszenie – charakterystyczny, ciepły wokal, subtelne chórki, fortepian. Wprowadzane od czasu do czasu smyki tworzą przestrzeń i dodają urody. To naprawdę jest coś: z tak znanych i ogranych zdałoby się numerów jak California Dreamin' Mamas and Papas, Desperado i I Can’t Tell You Why Eagles, Alone Again Gilberta O’Sullivana  czy I’m Not in Love 10cc uczynić coś bardzo swojego, innego. Jeśli trochę żal, że kilka lat temu Paul McCartney na Kisses On The Bottom zatrudnił Panią Dianę jako pianistkę i nie zaśpiewał z nią nawet jednego duetu, tutaj mamy męskie głosy: Michaela Buble, Blake’a Millsa i Bryana Adamsa.

Ta płyta to jeden z dowodów na to, że świat nie cały zwariował, że nie pędzi ciągle jak oszalały do przodu.

(Diana Krall, Wallflower, 2015)

[W NaTemat: 26 listopada 2017]

niedziela, 22 kwietnia 2018, mariuszgr4
Tagi: Diana Krall

Polecane wpisy

Kontakt