Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego - zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem - ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.



TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.



No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. - 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

czwartek, 20 września 2018, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt