Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Trzysta tysięcy gitar, Ojciec Redaktor i kustosz

pobrane28

Jeśli nie Dariusz Michalski – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce.

*

Pisać o książce w cztery lata po jej wydaniu jest czynnością cokolwiek spóźnioną. Przyznać się do dopiero co ukończonej lektury, mimo iż wydawnictwo niemal zaraz po ukazaniu się znalazło miejsce w domowych zbiorach – trochę wstyd.

Pan Dariusz i diariusz

Ale też zabrać się do opasłego, liczącego ponad osiemset stron tomu wymaga niemałej mobilizacji. Czymże jednak jest ona, tak samo jak czytelnicze kręcenie nosem w pewnych momentach, wobec monumentalności opisywanego dzieła? Dariusz Michalski, przez lata dziennikarz muzyczny radiowy i prasowy, autor „Metronomu” na łamach „Sztandaru Młodych” oraz wtorkowej „Muzycznej poczty UKF” i „Interradia” w radiowej Trójce, nie od wczoraj znany jest jako niestrudzony archeolog, encyklopedysta i kronikarz mocnego grania w Polsce. Trzeci tom „Historii polskiej muzyki rozrywkowej”, obejmujący lata 1958-1973, a więc opisujący początki i pełen zakrętów rozwój big beatu, a potem rocka między Bałtykiem a Tatrami, jest jednak dziełem wyjątkowym dla niejednego fana tej muzyki.



Gdy przed laty czytałem reportaż o Władysławie Kopalińskim, zadziwiła mnie informacja, iż ten wybitny leksykograf do końca pracował nad swoimi słownikami, posługując się fiszkami, nie zaś komputerem. Mogę tylko domyślać się, iż dom redaktora Michalskiego wygląda podobnie, stanowiąc jedno wielkie „analogowe” archiwum – tworzone przez tony książek, czasopism, teczek i segregatorów z wycinkami prasowymi oraz korespondencją z ludźmi z tzw. branży (o źródłach wspomina autor na końcu książki), no i oczywiście tysiącami płyt wszelkiej maści. Do których komputer, internet i cyfrowe zdobycze ostatnich lat stanowią niezbędny już, ale tylko dodatek. Jeśli nie ten człowiek – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce. Choć kustoszem nazywa Walickiego, akurat to określenie – ten tytuł – zarezerwowałbym dla Pana Dariusza.



„Trzysta tysięcy gitar nam gra” to 

kopalnia wiedzy. 

Bezmiar nazwisk, nazw zespołów, klubów i miast – mrówcza praca, której efektem jest fascynujący zapis pierwszych lat rodzimego szarpidructwa, wszelkich zmagań o to, by zaistnieć: z niechętnymi „czynnikami” partyjnymi na zmianę z brakami sprzętowymi (przez wiele lat nie było nic: ani instrumentów, ani sprzętu nagłaśniającego, ani możliwości przyzwoitego rejestrowania nagrań w studiach). Wymieniane są zarówno nazwy i nazwiska świetnie znane - zwłaszcza tym obecnie już niemłodym - miłośnikom mocnego uderzenia, jak i te nieco lub kompletnie zapomniane. Nie brakuje frapujących anegdot, ale i całych artykułów – zwłaszcza gdy mowa o legendach, którym nie dane było nagrać choćby jednej długogrającej płyty (a czasem nawet singla albo tzw. czwórki), jak wrocławskim Romualdowi & Romanowi czy krakowskiemu Zdrojowi Jana.

*

Fragment wspomnień F. Walickiego dotyczący pewnego koncertu  we wrześniu 1959 roku:

Mieliśmy już za sobą kilkanaście występów w największych halach Polski […] ale tu, na Śląsku, reakcje były silniejsze niż gdzie indziej. Katowicki Torkat, wypełniony po brzegi sympatykami rock and rolla, przypominał nieckę olbrzymiego stadionu w chwili strzelenia przez gospodarzy decydującej bramki.
[Tymczasem nazajutrz, na dziewiątą rano, zostaliśmy wezwani do Komitetu Wojewódzkiego]. Staliśmy na dywaniku. Przywitał nas wysoki, silnie zbudowany mężczyzna. Po latach, gdy stał się Bardzo Ważną Osobistością, jego zdjęcie oglądaliśmy w prasie niemal codziennie. Tego dnia zobaczyłem go po raz pierwszy. Nie prosząc o zajęcie miejsc, dając do zrozumienia, że i tak poświęca nam zbyt wiele czasu, wygłosił następujący monolog:
- Jesteście na Śląsku. Nasza młodzież uczy się i pracuje. Raz w tygodniu chciałaby kulturalnie wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki i pracy. Nie interesują nas wynaturzone mody, nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania. Przyjmijcie zatem do wiadomości, że wasz wczorajszy koncert (słowo „koncert” wymówił z wyraźną ironią) był ostatnim występem waszego zespołu.
Audiencja była skończona. Trwała najwyżej minutę. Ale wystarczająco długo, aby przekonać nas, że ze[/i] Stu lat, [i]jakie wieczorem poprzedniego dnia śpiewała na cześć gdańskiego Rhytm & Bluesa publiczność katowickiego Torkatu, została zaledwie chwila.

*

Ojciec Redaktor i reaktor

Historia zaczyna się od Trójmiasta, redaktora Franciszka Walickiego (o którym od dawna nie mówi się inaczej, niż jako ojcu mocnego uderzenia w naszym kraju) i Rhythm & Bluesa. Później wkraczamy m.in. w muzyczne środowiska stolicy, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i kilku innych miast, by podróż w tym tomie zakończyć na początkach śląskiego SBB i mocno umownej oraz wielokrotnie z konieczności naruszanej cezurze w postaci roku 1973. Całość zamyka - jakże by inaczej? - rozdział poświęcony Ojcu Redaktorowi, który szczęśliwie doczekał tej publikacji (zmarł w 2015 roku w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat). Na kartach książki wymienieni są wszyscy, na których wychowywali się  tacy konsumenci muzyki jak ja. 

Mogę tylko domyślać się, ile wysiłku kosztowało Dariusza Michalskiego pogodzenie chęci bycia niemal akademickim encyklopedystą z dziennikarską pasją oceniania i wartościowania, a w tym drugim przypadku oddzielenie tego, co obiektywne i ogólnie przyjęte, czemu z racji zasług przynależne jest odpowiednio dużo miejsca w publikacji, od osobistych ocen związanych z własnym gustem i upodobaniami – dawnymi i obecnymi. To, co w tym miejscu wytknąłbym autorowi, to zupełnie niepotrzebne kąśliwe uwagi na temat tych, których temat dzieła wprost nie dotyczy, np. Ani Rusowicz (jako córki Ady i Wojciecha Kordy) albo Piaska (przy okazji ostatnich akapitów o Sewerynie Krajewskim).



„Trzysta tysięcy gitar nam gra” jest księgą, która zawsze już stanowić będzie nieocenione źródło i punkt odniesienia – jako imponujący, najobszerniejszy z dotychczasowych (a pewnie takim już pozostanie) zapis dokumentujący pierwszy okres rocka nad Wisłą i Odrą. Czekając na czwartą część „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” polecam gorąco tę trzecią, zwłaszcza że wciąż jest do zdobycia i to za nieprzystojnie małe dziś pieniądze. A nie próbując nawet ścigać się z Ojcem Redaktorem F. Walickim na epitety i pochwały dla D. Michalskiego, na koniec zacytuję raz jeszcze jego słowa – te, którymi zakończył „Przedmowę”:

„To książka niezwykła, jak niezwykły jest jej autor – nieustanny poszukiwacz, wróg banału, mistrz dokładności i precyzji.[i]Trzysta tysięcy gitar nam gra[/i] to obowiązkowa lektura każdego, kogo trafił kiedyś grom rock and rolla”.

[Dariusz Michalski, Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej (lata 1958-1973) z przedmową Franciszka Walickiego. Wyd. Iskry 2014]

[W NaTemat: 17 marca 2018]

środa, 28 listopada 2018, mariuszgr4

Polecane wpisy

Kontakt