Ilustrowany blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

McCartney i rząd jego dusz w muzycznym niebie

mcca4

 

Wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel, stary znajomy, kumpel, niemal brat-łata, który swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli

*

O mniej więcej 20.30 rozległ się gitarowy gong rozpoczynający A Hard Day’s Night i cały koncert, I w ten sposób cały mój

muzyczny bagaż

- cała walizka, której zawartość zaczęli w latach 60. układać starsi bracia, potem radiowa Trójka, a resztę wypełniłem już sam, otwarła się lekko, bez żadnego oporu, ukazując zawartość w stanie nienaruszonym i kolorach, które nie wypłowiały przez pół wieku.



Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się niczego innego, zwłaszcza że to otwarcie nastąpiło drugi już raz, a za pierwszym podejściem, na Stadionie Narodowym w stolicy przed pięciu laty, mimo niedomagań akustycznych obiektu, było pięknie i wzruszająco. Jednakże czas biegnie nieubłaganie, Sir Paul ma już siedemdziesiąt sześć lat, i zawsze istnieje ryzyko, iż trasa koncertowa dla niemłodego organizmu w pewnym momencie może okazać się zbyt forsowna.
Właśnie: doskonale nie było, bo na przykład głos mistrza, głos wielkiego Beatlesa nigdy wielkim – obiektywnie rzecz biorąc – nie był. Teraz ma już poważne trudności z pokonywaniem gór, co słychać było zwłaszcza wtedy, gdy umilkły chórki, a z instrumentów pozostał tylko akompaniament gitary akustycznej: w Blackbird i Here Today. Doskonale nie było, co w niczym nie zmienia faktu, że po prostu fantastycznie. Bo ta muzyka, w odróżnieniu od wykonywanej na co dzień w filharmoniach, chwyta za serce niekoniecznie perfekcyjnością wykonania, lecz żywiołowością –

prawdą czasu i sceny.

Rock (mniejsza tu o definicję) - upierać się będę – jest muzyką oryginału, szorstki i tu albo ówdzie zarysowany jest zwykle prawdziwszy od najgładszych i nabożnych podejść do zapisu nutowego pierwowzoru.

Muzyka, która w sporej mierze zapisała się na moim osobistym twardym dysku, wówczas gdy jeszcze swobodnie mieściłem się pod stołem, której wielkości i ponadczasowości zaprzeczyłem na krótko, w latach 70., w której zakochałem się na nowo w 1979 roku, gdy Tonpress opublikował pierwsze polskie wydawnictwo The Beatles (siedem nagrań na dwóch małych płytach), którą kocham od tamtej pory, dziś miłością starzejącego się mężczyzny – zabrzmiała wczoraj w krakowskiej Tauron Arenie na żywo, zagrana przez najbardziej do tego uprawnionego faceta – człowieka, który jest największym kompozytorem pop music drugiej połowy XX wieku. Znów wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel,

stary znajomy, kumpel, 

niemal brat-łata, co to swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli. Nawet te kilka minut w czasie bisu, gdy (jak kiedyś z darami dla władców) dopuszczono do niego najpierw dziewczynę z Suwałk, a następnie słowacką parę, by publicznie dokonały się - przyjęte – oświadczyny, nie miały nic z koturnowej operetki, bo ci ludzie byli po prostu szczęśliwi, że mogli chwilę pobyć obok Mistrza i wyściskać się z nim.

*

McCa mógłby, co oczywiste, ułożyć ze swoich piosenek z dziesięć programów koncertowych. Wczoraj zagrał całe mnóstwo – setlista obejmuje prawie czterdzieści pozycji - sięgając po materiał najstarszy,  sygnowany jeszcze nazwą The Quarrymen, From Me To You czy Can’t Buy Me Love, ale też całkiem świeży, z dopiero co wydanej płyty Egypt Station. Te ostatnie zaprezentowane na żywo potwierdziły tylko swe walory, bez zarzutu wpisując się w ciąg  przebojów, które wyszły spod ręki PMcC. Żałuję trochę, że były to trzy chyba najbardziej skoczne numery z krążka, a nie któryś z tych o trochę bardziej skomplikowanej fakturze. Przeplatał kawałki wielkiej czwórki piosenkami z repertuaru The Wings oraz kilkoma innymi, widownia jednak, co zrozumiałe, te pierwsze oklaskiwała szczególnie długo i gorąco. Od tego już 

nie da się uciec

- i McCartney wcale nie zamierza, zwłaszcza na tym etapie życia, tego robić. Pojawiły się więc utwory dedykowane George'owi Martinowi, Lennonowi oraz Harrisonowi. Te wszystkie animozje towarzyszące rozpadowi zespołu, które jak echo pamiętam z dzieciństwa, te niedobre słowa, jakimi obdzielili się zwłaszcza John z Paulem, to już zamierzchła przeszłość, to grzechy dawno odpuszczone przez Boga i zainteresowanych sobie nawzajem. Są czymś mało istotnym w zestawieniu z miarą wspólnego dorobku, lat, które spędzili razem i które zaowocowały w sposób niebywały. Wzruszenie ogarniało raz po raz, gdy na telebimach, jako ilustracje do kolejnych piosenek, pojawiały się stare wspólne zdjęcia czy filmy kwartetu z Liverpoolu, na których widać, jak uśmiechają się do siebie i jak wielka jest między nimi chemia.

Dostałem to, czego chciałem. Usłyszałem numer, który w całym dorobku Beatlesów postrzegam jako coś szczególnie wyjątkowego: Strawberry Fields Forever. Cóż, wykonanie mnie nie uwiodło, bo zastąpienie smyczków klawiszami zawsze pozostawi uczucie niedosytu. Natomiast obecność trzyosobowej sekcji dętej (nieoczekiwanie prezentującej się po raz pierwszy w Letting Go nie na scenie, a wysoko z boku, między sektorami) dodała ognia innym numerom, jak choćby Lady Madonnie, która zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa i ery pocztówek dźwiękowych.

Finałów, jak się mogło wydawać, było kilka - i Let It Be, i Live And Let Die, uroczy w swych wystrzało-wybuchach i sztucznych ogniach, kiczowatych jak cała seria filmów o 007. Ten prawdziwy nastąpił jednak w wymarzony sposób: Hey Jude, bodaj pierwszy hymn w dziejach rocka, narastający i z obsesyjnie powtarzanym, nieprawdopodobnym refrenem, który można by 

grać i śpiewać bez końca,

wybrzmiał jednak do ostatniej nuty i zamknął zasadniczą część koncertu. Pozostawiając – czy tylko mnie? - ze spływającą po policzku łzą i ściśniętym gardłem. To są takie magiczne chwile, kiedy nie masz wątpliwości, że warto żyć, i nie zastanawiasz się, jak bardzo drogie były bilety, tylko chłoniesz całym sobą każdą nutę, każdy dźwięk płynący ze sceny. A takich chwil było wczoraj szczególnie wiele.

Muzycy, w sumie ośmiu, wszyscy świetni (gitarzyści z fryzurami prosto z "Dynastii") zniknęli ze sceny, ale wiadomo było, że jest jeszcze na co czekać.

*

Bis, w całości złożony z 

beatlesowskich klasyków,

dopieścił i uszczęśliwił chyba każdego. Po Birthday i przerwie na wspomniane „hołdy”, nastąpił jeszcze jeden mocny fragment. Po  rozgrzewającym początku i podobnym zakończeniu części zasadniczej, McCa kolejny raz pokazał rokendrolowy pazur, serwując Sierżanta Pieprza, a po nim mój naj wśród ostrych numerów The Beatles, Helter Skelter, dociskając przy tym wokalnie i zdecydowanie dając radę. Na sam koniec dostaliśmy deser rodem z Abbey Road: Golden Slumbers-Carry That Weight-The End.

Nic tylko palce lizać, pomlaskiwać z radością i cmokać z ukontentowania. Mr. Music, sam bardzo wyraźnie zadowolony i szczęśliwy, zabrał nas wczoraj na dwie godziny i czterdzieści pięć minut do muzycznego nieba.

(Paul McCartney, Freshen Up, Tauron Arena Kraków, 3 grudnia)

Setlista:

https://www.setlist.fm/setlist/paul-mccartney/2018/tauron-arena-krakow-poland-5b977754.html

środa, 05 grudnia 2018, mariuszgr4

Polecane wpisy

Komentarze
2018/12/05 08:08:45
Bardzo ci zazdroszczę tego koncertu. Z W-wy do Krakowa nie mogłam dojechać.
A z jego latami to masz rację. Niestety, czas jest nieubłagany.
-
2018/12/05 08:53:48
Ze "szczytujących" Katowic też nie było łatwo wyjechać, pierwszych sześć kilometrów jechaliśmy godzinę (okazało się, że to skutek stłuczki na drodze). Ale warto było ponieść wszelkie trudy, doświadczyć bałaganu organizacyjnego w hali i przed nią, by drugi raz - i kto wie, czy nie ostatni - móc słuchać na żywo tych piosenek. Pozdrawiam.
Kontakt