Ilustrowany blog muzyczny
czwartek, 29 listopada 2012

Czwórgłowe bóstwo - zwane nie Światowidem, a grunge’em - po latach podnosi swoją trzecią głowę. A właściwie podniosło dwa lata temu, a teraz raczy nas nową, pierwszą od szesnastu lat studyjną płytą. Soundgarden to powrót pełnoprawny, w oryginalnym składzie i – o ile można tak po latach powiedzieć – w starym brzmieniu.

wtorek, 27 listopada 2012

Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.

niedziela, 25 listopada 2012

Gdy w grudniu 1980 roku został, w wieku czterdziestu lat, zastrzelony John Lennon, miałem osiemnaście lat. Wtedy czterdziestka wydawała mi się pokaźnym wynikiem. Gdy jedenaście lat później umarł Freddie Mercury, a miał pięć więcej niż Lennon, myślałem już inaczej.

Dziś sam mam pięć krzyżyków na karku, co ciągle do mnie nie dociera i wciąż – mimo różnych problemów – chce mi się żyć. Wciąż wierzę, że jeszcze parę ciekawych rzeczy przede mną. Ileż mogli jeszcze skomponować obaj wymienieni wyżej artyści, ile płyt mogli wydać, wspaniałych piosenek napisać, ile dać niezapomnianych koncertów!

piątek, 23 listopada 2012

To już dwadzieścia jeden mija od ich debiutu płytowego. Sporo, patrzę choćby na moich synów, właśnie dwudziestojednoletnich. A jednak - muzycznie – jest to dla mnie coś „po”. Co jeszcze chłonąłem absolutnie na świeżo, jako młody człowiek? Szybko teraz myślę, co stanowi w moim życiu tę cezurę? Studia i U2? Chyba tak.

środa, 21 listopada 2012

Czy można sobie wyobrazić muzykę drugiej połowy dwudziestego stulecia bez Beatlesów? Pewnie można, choć rozważanie to czysto akademickie. Świat nie znosi próżni, pewnie mielibyśmy jakieś „w zamian”. Ale – byli. I skala ich dokonań jest olbrzymia, a rola w historii muzyki popularnej nie do przecenienia.

Kaczka, jak z czułością mówili o nim nie tylko moi starsi bracia. Pan Piotr. Pan Piotruś. Redaktor Piotr Kaczkowski. Czy można sobie wyobrazić radiową Trójkę, ba! – całe polskie radio - bez tego głosu?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Miało być dzisiaj o pewnym panu. On oczywiście nie wie, że o nim napisałem, ale z pewnością nie pogniewałby się, gdyby usłyszał, że powodem zwłoki w opublikowaniu tekstu jest dzień szczególny, absolutnie wyjątkowy. Celebration Day. Zwłaszcza że 10 grudnia 2007 roku był jednym ze świadków natchnionego występu kwartetu (czy ktoś z Was domyśla się, o kim mowa?).

Nie potrafię przejść do milczącego porządku nad dniem wydania tego albumu, tak jak nie mogłem oprzeć się pokusie, by raz jeden w życiu nabyć album Led Zeppelin natychmiast po jego pojawieniu się w sprzedaży. Następnej takiej okazji może po prostu nie być.

sobota, 17 listopada 2012

Pod ramię z bratankami Węgrami wiedliśmy rząd muzycznych dusz w demoludach. Z perspektywy lat też wydaje się, że nad Wisłą i Dunajem działo się najwięcej. To nasze ówczesne pochylenie nad muzyką węgierską nie było – najwyraźniej – przypadkowe. Zazdrościliśmy im wielu kapel rockowych w latach 70., pięknie wydanych i bardzo dobrze tłoczonych płyt winylowych.

czwartek, 15 listopada 2012

Kupowanie płyt. Coś, czego młodzi, choć coraz starsi, zdają się nie rozumieć. Misterium. Branie do ręki krążka – kiedyś sporego, kartonowego (w porządnym wydaniu) opakowania. Pełne namaszczenia i pietyzmu smakowanie okładki, zwłaszcza gdy chodziło o płyty zachodnich wykonawców. Wysuwanie czarnego zwykle krążka, czasem włożonego do papierowej koperty, na której też było co oglądać i czytać. Delikatne, z odpowiednim ułożeniem dłoni, wyjmowanie płyty, tak by jej nie wybrudzić palcami. Studiowanie nalepek. Nabożne położenie na talerz gramofonu, uruchomienie napędu i czekanie na pierwsze dźwięki. Kto tego nie przeżył, ten chyba nie zrozumie.

wtorek, 13 listopada 2012

Music, music

Nowe płyty Boba Dylana, Rolling Stones, Doors, Led Zeppelin. Czy to 1968 albo 1969 rok? Aż się wierzyć nie chce, jaką mamy muzyczną jesień. Do tej listy dopiszmy jeszcze Marka Knopflera, Aerosmith, Donalda Fagena, Soundgarden czy Dave Matthews Band. W Polsce też klasycznie: koncertowy Dżem, Hey, Voo Voo, ze znaczących albumów jeszcze młodsze pokoleniowo Muchy. Inni przedstawiciele starej gwardii, jak na przykład Wilki albo T. Love (którzy to wykonawcy, od razu powiem, zajmują mnie znacznie mniej), też nie próżnują. A to przecież nie koniec. Jest o czym mówić i pisać, a przede wszystkim - jest czego słuchać.

niedziela, 11 listopada 2012

„Zanim mnie połkniesz, skosztuj” – słyszę głos z królewskich żup Wieliczki, utworu otwierającego album. No właśnie, pisanie muzycznego bloga wytwarza we mnie wewnętrzny imperatyw, by w miarę szybko reagować przynajmniej na największe wydarzenia, a do nich zaliczyć należy pojawienie się w sprzedaży nowej płyty Heya. To nieproste: połykanie na szybko zamiast powolnego smakowania, wsłuchiwania się w poszczególne utwory. Nie lubię tego, ale spróbuję. Zastrzegając sobie prawo do przesunięcia akcentów gdzieś w przyszłości.

 
1 , 2
Tagi
Kontakt